Wiedźmin – część IV

Ostatnio zostało napisane: „w powrotnej drodze uradzono”… Otóż nie tak szybko – wcześniej jeszcze zdarzyło się parę rzeczy. Najpierw Kynuf zauważył że warto byłoby wrócić do świątyni i zamknąć wrota, żeby utrudnić życie ścigającemu być może drużynę magusowi i obstawie. Zaraz potem zamieszkująca tarczę Wilfrida oznajmiła ustami Messera swą wolę pozostania w świątyni Frei (wraz z zamieszkiwaną tarczą niestety, choć na pocieszenie obiecała obdarować śmiałków skarbami świątyni…). Tak więc drużyna podzieliła się – Bernard samotnie wybrał się w drogę do Hołopola, wypatrując na ścieżce nadciągającego być może magusa, a reszta wróciła do świątyni.

Po powieszeniu tarczy na honorowym miejscu nad tronem i posłusznym wysprzątaniu świątyni drużyna stanęła wyczekująco spodziewając się obiecanej nagrody. Po małej chwili (śmiałkowie poczęli już okazywać zniecierpliwienie) w komnacie poczęły rozlegać się zgrzyty, piski i w końcu w podłodze ukazały się stopnie prowadzące w dól. Śmiałkowie radośnie już mieli na wyścigi ruszyć po obiecane bogactwa, ale w miejscu osadził ich głos Walkirii: „…jeśli czujecie się godni…”. Zapadło kłopotliwe milczenie, Kynuf próbował uściślić o jaką godność chodzi, ale bez skutku. W końcu Birba i Messer popisali się odwagą (lub chciwością, w każdym razie raczej nie skromnością) i jako pierwsi zeszli do podziemi. Tu w środku komnaty na postumencie stała replika drakkara otoczona czterema małymi lampkami, a nad nim wisiała pojedyncza duża latarnia. Na oczach „godnych” śmiałków wszystkie lampy poczęły świecić i unosić się w powietrzu. Przejęci trwożną pobożnością jakiej nigdy przedtem w życiu nie zaznali bohaterowie padli na kolana. Po rytualnej żebraninie o jakiś boski znak litościwa Freya objaśniła im znaczenie wiszących w powietrzu przedmiotów – dotknięcie drakkara miało moc zapewnienia chwały, zaś ognia latarni – długiego życia i spokojnej starości. Birba wybrał chwałę, a Messer starość, po nich ośmieleni pozostali także wybrali swój los. Jeden jedyny Bernard nie miał okazji obcowania z boginią, ale Walkiria za namową Kynufa podarowała mu własny naramiennik i z tą pamiątką drużyna opuściła świątynię, której moc wkrótce rozlała się po całej dolinie Havhernage grzebiąc wraz z mordowanymi ghulami nadzieje Kynufa na sposobną pułapkę w którą mieliby wpaść idący być może śladami drużyny magus i kompania.

Teraz już, jak to było planowane wcześniej Gisher wyruszył do Suchej Góry, a reszta ułożyła się na spoczynek. W nocy zbudziły ich koszmarne sny. Kiedy już wszyscy byli na nogach w krąg ogniska wszedł niespodziewanie stary znajomy – Raróg. Rychło okazało się że był on druidem, członkiem stowarzyszenia, od początku wiedział o całej sprawie i ostrożnie roztaczał opiekę nad jego resztkami. Teraz przynosił najnowsze wieści z Hołopola: magus, który okazał się być magiczką wraz z kompanią przekupili hołopolskich bardów by ci wyśpiewywali po całym mieście legendę o powrocie księżniczki, która wyzwoli wolnych chłopów od ucisku. Takie śpiewanie i rozruchy które niechybnie wywoła ściągną do Hołopola króla Niedamira, który zapewne zechce urządzić krnąbrnym chłopom krwawą łaźnię. I o to zdaje się chodzi przebiegłej czarownicy – księżniczka z legendy to bowiem nie kto inny jak Vrkolakos, a jej oblubieniec który obudził ją pocałunkiem to ów zdrajca w rękawicach, który samotnie wyszedł z grobowca podczas ostatniego przesilenia. Żeby więc zerwać ostatecznie więzy krępujące wampira w jego więzieniu potrzeba chyba właśnie krwawej ofiary…

Narodziły się dwie koncepcje. Pierwsza to powrót do grobowca i próba ponownego uśpienia Vrkolakosa zdobytym wrzecionem, druga to próba pokrzyżowania planów magicznej szajki w Hołopolu. Zwyciężyła ostatecznie koncepcja siłowa lansowana przez Kynufa, Bernarda i (zdaje się) Raroga, ale choć Messer i Birba obawiali się powrotu do budzącego grozę grobowca nie odmówili oczywiście towarzyszom pomocy. Drużyna podzieliła się na trzy grupy – Raróg ruszył do Hołopola na zakupy, Kynuf i Birba konno do Suchej Góry po Gishera i wrzeciono, zaś Bernard i Messer pieszo wprost do grobowca.

Spotkawszy się ponownie w pobliżu grobowca drużyna wzbogaciła się o przybyłych na wezwanie Raroga druidów, którzy mieli pomóc w otwarciu przejścia w Żywopłocie. Niezwłocznie przystąpili oni do rytuału i wkrótce piątka śmiałków, wraz z Gisherem Zimmą zanurzyła się w krwiożerczej gęstwinie. Zanim jeszcze dotarli do Domu odparli atak Sztyletowego Smoka, który srodze poharatał im jednak tarcze, za którymi się chronili.
W środku było podobnie jak za pierwszym razem, choć wampir przekształcił Dom, opatrując go nowymi pułapkami. Dodał długi korytarz w którym szło się po suficie, usiany ostrzami sztyletów w którym Messer pociął sobie ręce na które upadł. Za nim była komnata z wirującym mieczem który odrąbał Gisherowi połowę twarzy, a Kynufa poranił w plecy. W znajomej komnacie ze schodami Kynuf ocalił Messerowi nogi, a Bernard omal nie zginał od stada sztyletów które zmieniły go w żelaznego jeża. Birba uciekając przed ścigającymi go sztyletami został za resztą, ale zdołał podać wrzeciono trójce która wspięła się na schody. Wampir przysłał też trupa Miłogosta, który próbował odwieść śmiałków od wykonania zadania, ale nie dali się oni zwieść.

Ostatnią komnatę wypełniała mgła, a krążące w niej zjawy spijały cieknąca z ran bohaterów krew. Nie było stojącego tu poprzednim razem katafalku, nie było żadnego przejścia dalej, ani ukrytej skrytki. Trójkę śmiałków opadło przygnębienie i powoli zaczął ogarniać ich strach, kiedy ledwo przytomny Bernard niespodzianie przypomniał sobie o podarowanym przez Walkirię naramienniku. Zebrawszy siły nabrał powietrza i na całe gardło wykrzyknął zawołanie „Walkiria” ! Nagle cała jego postać okryła się błyszczącą zbroją, w ręku pojawiła się włócznia i tarcza, a u nóg malutkie skrzydełka (:)). Mgła i zamieszkujące ją zjawy umknęły w najciemniejsze kąty, a pod sufitem ukazała się oczom bohaterów nisza, w której zwisała nieruchomo postać wampirzycy. Bernard podfrunął na swych skrzydełkach ku niej i z całej siły wbił wrzeciono w nogę. Rozległ się wrzask, zbroja Walkirii znikła i Bernard runął w dół, a zaraz za nim szpetne teraz i wysuszone ciało Vrkolakosa. Ostatkiem sił potwór wyszeptał o zemście i zapadł na powrót w magiczny letarg.

Drużyna, teraz czteroosobowa bez przeszkód opuściła Dom i dotarła w głąb Żywpołotu. Tu jednak droga się kończyła – wampir dotrzymał słowa i zamknął zewnętrzny pierścień aby ciała zabójców towarzyszyły mu przez długie wieki magicznego snu. W ostatniej chwili zza zielonej ściany dobiegły głosy druidów – nie mogli otworzyć pułapki, ale mogli magicznym wirem wyciągnąć śmiałków ze środka i rzucić w nieznane. Czterech pogromców Vrkolakosa chwyciło się za ręce, zaraz poczuli wirujące wokół nich potężne magiczne siły i wśród skowyty magicznego wichru wyprysnęli spośród szybko zaciskającego się żywopłotu…

I na razie – to już koniec. Gdzie poniósł bohaterów magiczny wir dowiemy się – być może – za jakiś czas.

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Wiedźmin ,

Comments are closed.