Wiedźmin. Przygody 1 & 2

Po ucieczce (tak, tak) z Aedirn Birba i Bernard zawedrowali do Caingorn, gdzie spotkali walesajacego sie tam najemnika Messera. Postanowili wybrac sie razem w Gory Pustulskie, zeby powalesac sie tam i byc moze odnalezc jakeis skarby ktorych jest tam ponoc pelno.
Po drodze w podgorskiej wsi Sucha Gora natkneli sie na trawionego goraczka rycerza Miłogosta, ktory spieszyl byl na spotkanie ze swymi tajemniczymi towarzyszami, ale nazarl sie dzikich jagod i jedynie szybka pomoc dobrego wiesniaka i jego corki-na-wydaniu uratowala mu zycie. Rezuny postanowili pomoc nieszczesnikowi i obiecali zawiezc go we wskazane miejsce spotkania.

Sporzadziwszy kolibe dla rycerza ruszyli w gory, ale kiedy po trzech (dwoch ?) dniach dotarli na umowione miejsce zastali tam, miast warownego obozu, zgliszcza i slady rzezi. Niedaleko znalezli przykryte darnia ciala pietnastu poleglych wojakow, druidow i (?) magow, a za niedalekim wzgorzem slady obozowiska napastnikow – kilkunastu ciezkich koni i dosiadajacych ich ludzi. Na kamieniu obok ktos wydrapal druidyczny znak tryzuba…

Kiedy przeszukiwali resztki obozu i okoliczny las na miejsce przybyl jeszcze jeden spoznialski – druid Maelled. Razem z Milogostem uradzili zeby wobec zaistnialej sytuacji wtajemniczych w swoje tajemnicze sprawki trzech przygodnych podroznych, czyli nasza dzielna kompanie. Otoz byli oni – Maelled i Milogost czlonkami tejemnego stowarzyszenia utworzonego niegdys przez jakas frakcje druidow. Ich celem bylo utrzymywanie w uspieniu poteznego Vrkolakosa – wyzszego wampira, ostatniego jaki pozostal na swiecie, ktory uspiony przed wiekami moca zakletego wrzeciona zdolal jednak przez ten czas nieco rozluznic krepujace go wiezy i zmienil wiezienie w ktorym go zamknieto w rodzaj twierdzy-pulapki dla niepokojacych go smialkow. Jednak aby utrzymac te oslabione wiezy trzeba co roku odnawiac specjalne zaklecie, a to wymaga wejscia do grobowca i zawieszenia na szyi spiacego wampira tajemnego amuletu ktory przywiozl Maelled. Stowarzyszenie zbierajac sie co roku w Gorach Pustulskich losowalo czterech smialkow ktorzy mieli tego dokonac. Godzi sie od razu rzec ze z owych czterech zawsze przynajmniej jeden ginal…

Wobec wyrzniecia prawie wszystkich przybylych smialkow przez tajemniczych napastnikow spod znaku tryzuba, Maelled i Milogost zwrocili sie o pomoc do Birby, Bernarda i Messera. Nie baczac na niebezpieczenstwo obiecali swoj udzial. W grobowcu wampir przygotowal rozne pulapki, ktore zmienialy sie co roku, jedyna pewna rzecza bylo ze „kazdy miecz to wrog, kazdy sztylet to zabojca”, wiec z pomoca druida uzbroilismy sie w drewniane kije i maczugi, a po przemysleniu i odrzuceniu kilku „sprytnych” pomyslow w noc przesilenia wyruszylismy w droge do grobowca Vrkolakosa.

Na miejscu Maelled, ktory jako jedyny nie wchodzil do grobowca w obawie ze wampir moglby uzyc jego druidycznej mocy do oswobodzenia sie, zakleciem otworzyl przejscie w magicznym zywoplocie, ktory niegdys zasadzony przez druidow, przemienil sie pod wplywem wampira w krwiozerczego potwora. Jeszcze przed wejsciem do grobowca, podczas przejscia przez labirynt w zywoplocie, Birba probowal wyjac z reki jakiegos nieszczesnika sztylet nie baczac na ostrzezenia no i sie doigral a Messer z nim, bo sztylet wykrecajac sie w Birbowej prawicy pocial mu przedramie, ktore ani myslalo sie goic… Przy probie wejscia do samego juz grobowca (Bajarz niezmiennie tytulowal go domem !) polegl Milogost – miecz wiszacy nad wejsciem przyszpilil go do ziemi. Messer z niewielkimi stratami odparl atak dwoch upiorow ktore z ogromna sila przebily sie mieczami przez jego tarcze i tak cala (juz) trojka znalazla sie w srodku.

W komnacie na srodku znajdowaly sie schody prowadzace na pietro, a wokol na scianach wisialy w rownych kregach sztylety. Wyczuwajc podstep (;) rezuny zatrzymali sie i gdy tak stali niezdecydowani do komnaty wszedl jakis wojownik, podajac sie za przybyla w ostatniej chwili pomoc. Kiedy jednak poproszony o okazanie „przepustki” zamiast tatuazu w ksztalcie kola pokazal tryzub jego lipny podstep wyszedl na jaw. Messer zdzielil go maczuga w leb od tylu dwa razy, ale bydlak usmiechnal sie jedynie okazawszy metalowe uzebienie. Wywiazala sie walka i w koncu najemnik powalil zjawe, ktora rozwiala sie w dym.

Teraz powrocil problem schodow. Proba ich sforsowania metoda „na hurra” skonczyla sie kilkunastoma trafieniami sztyletami (Maeller nalozyl wczesniej na smialkow jakis magiczny pancerz, ktory obronil Messera przed mieczami zjaw, ale sztyletow jakos nie zatrzymal…).

Ciezko poranieni (Messer najbardziej) smialkowie wdrapali sie na gorne pietro gdzie znalezli postument na ktorym spoczywalo jakies cialo. Zaraz sie zreszta poderwalo i z okrzykiem „Gincie !” natarlo na rezunow (tj. Messera). Najemnik byl juz mocno poraniony i szybko zyskal kolejne rany, kolejny cios na pewno by go usmiercil, ale na szczescie Bernard niechybna strzala przebil szyje upiora ktory rozwial sie na podobienstwo poprzednich okropienstw, pozostawiajac miecz. W tym czasie Birba, ktory okazal sie powiernikiem amuletu (skads to znam… ;)) nie dal sie zwiesc i zamiast zawiesic go na szyi atakujacego Messera widmowego szlachcica, wyczekal az na postumencie pojawilo sie cialo mlodej dziewczyny, na piersi ktorej widniala plama swiezej krwi i dopiero wtedy dopelnil czaru.

Zadanie zostalo wykonane, wampir uspiony na kalejny rok (przynajmniej taka mamy nadzieje), ale pozostal jeszcze trud wyjscia z grobowca poprzez komnate sztyletow, wejscie z mieczami i rozbudzony, zadny krwi zywoplot. Messer byl juz jedna noga w grobie i tylko poswiecenie Bernarda, ktory wzial na siebie przeznaczone dla najemnika sztylety, oraz wytrwalosc jego i Birby, kiedy ciagneli nieprzytomnego z uplywu krwi Messera przez nacierajacy zewszad zywoplot pozwolily mu uczestniczyc w nastepnych przygodach.

Po szczesliwym wydostaniu sie z zywoplotu rezuny natkneli sie na konajacego Maelleda, ktorego dosiegl jakis potezny czar. Druid nakazal im szukac Gishera Zimmy, karsnoluda ktory bedac czlonkiem stowarzyszenia nie przybyl na spotkanie (zawsze przybywala tylko czesc zaproszonych) i dzieki temu ocalal z rzezi. Wczesniej s.p. Milogost czesto wspominal Gishera jako wybitnego wojownika, na ktorym mozna polegac i nie zawiesc sie. Tak wiec (po postawieniu na nogi Messera przez Birbe kamieniem wydostanym od druida) rezuny wyruszyli dalej w kierunku Holopola, sladem „grupy tryzuba”.

Pierwszej nocy obozujac w lesie smialkowie omal nie zostali napadnieci przez wilki (co sie odwlecze to nie uciecze :), co bylo o tyle dziwne ze wilki w zasadzie boja sie ludzi (akurat !! :) i jedynie w czasie najwiekszego glodu podchodza pod obozowiska. Bernard zauwazylk wsrod wilczych, zoltych slepi jedna pare czerwona i zaraz po tym nastapil skowyt i wilki odstapily. Rano w lesie Bernard znalazl zagryzionego ogromnymi szczekami wielkiego basiora – wilkolak ?

Podruzujac dalej traktem smialkowie natkeli sie na slady obozowiska sledzonej grupy „tryzuba”. W napotkanej wsi dowiedzieli sie ze jest to poczet redanskiego rycerza (zabijcie mnie ale nie podam z pamieci nazwiska), ktorego herb mial ksztalt jakby tryzuba… a wiec niekoniecznie byl to znak druidyczny. Rycerzowi towarzyszyl zakapturzony, szepczacy magus, oraz trzech giermkow i dziesieciu zbrojnych pacholkow. W miedzyczasie bylo sporo epizodow, Bernard odebral kuracje uczonego medykusa z absolutorium Uniwerytetu w Oxenfurcie, a Messer nieuczonego karczmarza, z prawie takim samym rezultatem (Messera nie przeczyscilo ;), za konia Maelleda rezuny kupili nowa tarcze dla Messera z druidycznymi znakami, cala okuta mosiadzem itp. Napotkali tez dosc tajemniczego wloczege Raroga, ktory wpierw zdal sie Birbie wilkolakiem, no i w koncu – kto go tam wie… Dotrzymal kompanii smialkom az do Holopola i nie zdradzal wiecej „wilkolaczych” sklonnosci, ale w miescie przepadl i jak dotad sie nie pojawil, choc moze sie i pojawil, tyle ze w innej postaci…

W Holopolu rezuny doscigneli w koncu tajemniczego rycerza i nie mniej tajemniczego magusa. Messer probowal nawet dostac sie do karczmy w ktorej sie stolowali ale zostal przez bramkarza okrzykniety „parchem” i musial grzecznie sie wycofac, zeby nie narazac sie na bramkarskie sztylety. Na tym sprawa na razie stanela (moze trzeba bylo sie porozpytywac wsrod ludzi jak to robilismy we wiochach), a pojawily sie inne. Po pierwsze Messer otrzymal propozycje wystepu na arenie przeciw czterem wilkom w lokalnym „klubie nocnym”, zwanym Dziura. Bernarda ten sam wlasciciel Dziury probowal zaangazowac do polowan na wilki. Rozmawiajac z wilczarzami Bernard (i Messer, ktory chcial sie fachowo przygotowac do walki) dowiedzieli sie ze „gwozdziem programu” podczas spektaklu w Dziurze bedzie potezny karsnoludzki wojownik – Gisher Zimma !!!! Oczywiscie ta wiadomosc zeelektryzowala rezunow, ale powiedziano im ze Gisher pije przed walka, po czym spi i lepiej mu nie przeszkadzac. Tymczasem wilczarze sobie poszli, bo jeden z nich, pilnujacy zagrod z wilkami zostal rozszarpany na strzepy… Czyzby ten sam wilkolak, ktorego czerwone oczy widzial Bernard ? A moze ten wilkolak to Rarog ? W kazdym razie byla juz noc, wilczarze nie chcieli zeby smialkowie sie wtracali, nie pozostalo nic innego jak isc spac.

Nastepny dzien byl dniem jarmarku. Rano Messer z Birba poszli pogadac z Gisherem, ale pilnujacy go chlopak zalecal poczekac do poludnia kiedy sie krasnolud obudzi po pijanstwie. Poszli wiec na jarmark, sprzedac reszte rzeczy po Maelledzie i Milogoscie (oprocz wamsu), Bernard zas wzial udzial w turnieju luczniczym o dwa woly, ale niestety odpadl w polfinale (nie zdazyl przez to obejrzec sladow wokol miejsca smierci wilczarza, ale Messer i tak mysli ze to wilkolak i do tego Rarog). Okolo poludnia Birba i Messer nawiazali kontakt z Gisherem Zimma. Po wstepnym, sprawdzajacym bluffie (wisiorek z tryzubem) okazalo sie ze krasnolud raczej nie jest sprzymierzony z rycerzem i magusem, ale Gisher, chociaz rozpoznal swoich po tatuazach z kolkiem (nie wspomnialem, ale znak stowarzyszenia pojawil nam sie magicznie pod pacha po wyjsciu z domu wampira) to jednak ledwo kontaktowal i wszelkie pytania odpychal na „po walce”.

Jednak przed walka Gishera z szescioma wilkami zwykle wystepowal – jak to okreslil jeden z wilczarzy – „jakis los”, no i tym losiem byl oczywiscie Messer (czemu zawsze jestem losiem, nastepnym razem zagram prawdziwym losiem, taki widac los (nie mylic z losiem) mi pisany ;))) Walczyl z czterema wilkami i to z zabezpieczeniem czeladzi uzbrojonej w kije, ale zabil tyko jednego (wilka, nie czeladzi) i ciezko poraniony musial wolac „basta”. Teraz na arene wyszedl Zimma, witany gromkim ryckiem publicznosci, ale jednoczesnie z drugiej strony na widownie wszedl witany uklonami wlasciciela przeklety rycerz z Redanii wraz z nieodlacznym szepczacym magusem (moze ten rycerz jest zdalnie sterowany przez tego maga ?). Po wymianie paru zdan i uklonow ta gnida wlasciciel zakomunikowal ze na specjalne zyczenie szlahetnego … (tu nazwisko klienta) Gisher wystapi w walce z Dzwiedziem ! Na arene zas wtoczyl sie wielki stwor z cialem niedzwiedzia i glowa sowy. Krasnolud zaklal, ale nie uciekl z areny (glupiec !).

No i w tym momencie sesja sie skonczyla. CDN.

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Wiedźmin ,

Comments are closed.