Warhammer II – Sesja Trzecia

Kurzowe przygody cz III


Jużem myślał co siem z tego Dorhen na dobre zabierzem, wina żem sie jak i inni opił za ducha przependzenie, a tu z rana kapłan stary od Sigmara przysłał po moich panów i mie też. Po całej nocce picia łeb mi siem jeszcze do kupy nie poskładał i za wiele żem z tego co nam gadał nie wyrozumiał, ale wyszło na to że trza nam do jakichsik ruin iść, bo siem tak temu ksiendzu przyśniło, ale nie tak samo ze siebie ino od Sigmara ponoć. Mie to siem po prawdzie ani śniło gdzie po ruinach smykać, ale pan Bodewin zaraz przyrzekł tam iść, coby mutanty co tam miały być pozabijać i Sigmarowi siem zasłużyć. Tak też i pani Jutta (pies jom obracał ?) i pan Mangral też iść chcieli no i co było robić, przecie sam w tym Dorhen długo bym nie zwiekował, tak że musiałżem udać co mi siem bardzo te ruiny podobajom i już siem doczekać nie mogem coby do nich leźć. Tyle przy tym dobrze, że se miecz za jakie pietnaście koron za nic wzionem i włócznie co mi siem potem bardzo przydała, no i jeszcze garniec oliwy.

Cały ten zamek to siem nazywał Hehdele i jakieś dwa i pół wieku temu siem spalił, a po prawdzie żołnierze go spalili bo pan na zamku Chaosowi siem kłaniał, no i do dzisiaj już ino ruiny zostały. Ale siedemnaście lat temu, to jest wtedy jak ja żem sie urodził w Altdorfie, jakieś ludzie co siem po świecie jako teraz my smykali do tych ruin poszli żeby demona ubić, co siem po tym panu zamku ostał. No i siem im udało, ale ino dwóch ich żywoty z ruin wyniosło a i tych na gościńcu zwierzoczłeki napadli, tak że koniec końców jeden ino do Dorhen do świontyni Sigmara dojechał, ale i ten zaniedługo umarł. Po sobie złoto i drogie rzeczy różne kapłanom ostawił i pismo co je pisał w podróży, ale ani kapłany ani moje pany nie mogli go do końca przeczytać bo całe było pociente i krwiom zalane. No ale z tego co wyczytali, to siem dowiedzieli o tym demonie no i potem temu kapłanowi, jak siem przyśniło, że tam w tych ruinach zaś coś siem złego stanie to pomyślał nas wysłać, za to że pana Mangrala, co go i tak nie za bardzo lubiem, wyratowali.

Jeszcze po drodze w karczmie „Liść dembu” na noc my staneli i tam jeden chłop ze wsi niedalekiej córki swojej małej szukał, co mu kilka dni temu siem zgubiła w lesie. Ale jeszcze wtedy my nie wiedzieli co siem z niom stało i chłop nic nie zyskał. Z rana do lasu ku tym ruinom my siem wybrali, a już mie nieźle pany nastraszyli tymi zwierzoczłekami, tak że włócznie żem szmatami obwionzał i w oliwie te szmaty zamoczył, coby zapalić jakby mie jaki zwierzoczłek napadł. No i dobrze żem tom włócznie od kapłanów zabrał bo dalej w lesie na dwa zwierzoczłeki my weszli. Wyglondali oni jak szpetne baby u góry, a wielkie ptaszyska na dole, na jakimś trupie człeka i konia siedzieli i mienso ich jedli, tak że ani zobaczyli jak my ku nim podeszli. Ja to żem siem z tyłu trzymał bo mie strach brał przed tymi potworami, ale za bardzo z tyłu też żem zostać nie mógł bo za nic bym sam w lesie zostać nie chciał, nawet bez tych zwierzoczłeków. Tak że naprzód poszli pani Jutta (co pies jom obracał ?), kapłan Bazyl, co siem ze świontyni z Dorhen z nami zabrał, pan Michael i pan Mangral, wszyscy z kuszami, choć po prawdzie to żem myślał zobaczyć jak pan Mangral te swoje kule ogniste bendzie rzucać, ale nic z tego nie wyszło.

Pani Jutta i Bazyl swojego zwierzoczłeka gładko trupem położyli, ale pan Michael i Mangral swoje bełty do lasu posłali tak że drugi potwór (pan Bodewin gadał że oni siem nazywali harpie) skrzydła rozłożył i do nieba poleciał, ale zaraz na dół zaś siem rzucił i na pana Bodewina szponami skoczył. Troche piór poleciało i potwór drugi raz ku niebu siem wzbił ale teraz to już na paniom Jutte (co potem pies jom obracał ?) spikował. No i wtedy jakoś tak mie co podkusiło, wyskoczył żem z kapłańskom włóczniom do przodu i ku cycatej maszkarze ostrym końcem nastawił. Oczy żem zamknoł, a tu kwik, skrzek i patrzem – harpia na mojom włócznie nabita jak kura na rożen leży. Ha ! Kieby nie ja to kto wie może by pani Jutcie te pazurki liczko podarły ! Ale zamiast mi podzienkować za życia zratowanie jeszcze siem razem z panem Bodewinem podśmiechiwali, tak że już ich obydwóch tak prawie nie lubiem jak pana Mangrala.

Potem dalej my poszli i na koniec doszli do ruin co siem kapłanowi przyśniły. Teraz siem zaczło szukanie wejścia do piwnic co o nich pisał ten człek co demona zabił, a potem w piwnicach tajnego wejścia co go otwierała cegła i wszystko jak napisał ten człek na miejscu było, choć trza było siem sporo naszukać. No i tym tajnym wejściem do głembokich piwnic my zeszli, co siem ciongneły daleko za wzgórze co na nim zamek stał i widać dawno nikt w nich nie bywał. Tam komnata była jedna co w niej kiedyś ten człek razem ze swoimi towarzyszami demona zabili i szkielety trzech tych ludzi jeszcze ciongle tam leżały, chociaż nic cennego przy nich nie było. Znać, że ci dwaj co życie unieśli ranni mocno być musieli tak że przyjaciół pochować abo choć ułożyć po bożemu nie umieli, choć wszystkie ich rzeczy ze sobom zabrali coby siem w podziemiach nie zmarnowały (:>). Inne dwie jeszcze komnaty my naszli, jedna co w niej jakieś stare szmaty ino były i świece i pan Bodewin gadał że to pewno do jakichsik rytuałów, a druga straszna taka, z wielkimi słupami niby z kamienia, ale nie całkiem, a w środku miała taki słup wienkszy niźli inne co wychodził z takiego jakby garnca i cały miał żyły jak człowiek. Do tej strasznej komnaty wejść siem nie dało, ani nawet kamienia wrzucić, a na drzwiach były narysowane połówki czarne i białe, tak że pani Jutta (co jom potem pies mutant obracał ?) wymyśliła że to chodzi o świento Równonocy, co akurat dziś było i wcześniej, jak ci ludzie demona zabili też. I pewno w tom noc ino do komnaty wejść można a mutanty jakieś swoje rytuały w tom noc odprawiają. No to już wtedy żem uwierzył, że temu kapłanowi rzeczywiście ten sen nie od wina, a od Sigamara siem wzion i że w tom noc coś ma siem stać, a moje pany no i ja też coś musim zrobić coby siem nie stało. A jeszcze oprócz tych komnat było jedno wyjście z piwnic do lasu, przez starom klape co ziemiom była przysypana i przez tom klape umyślił se pan Bodewin na mutanty co rytuały odprawowali napaść.

Wyszli my tedy przez klape, a noc już była głemboka, ino Morslieb świecił jasno i ogniska w lesie co je mutanty zrobili na swoje świento. Niedaleko była polana co jakby była dachem dla tej strasznej komnaty co w podziemiach była, na środku leżał wielki kamień, jakby głowa co ma szyje pod ziemiom, tom co wychodziła z tego niby garnca, a dokoła inne kamienie jakby te niby-kamienne kolumny spod ziemi wystawały na świat. Tam na tej polanie ogniska siem paliły, a mutanty wielkie hece wyczyniali, skakali całkiem po nagu i obmacywali siem, a co chwila i siem ruchali, a byli z nimi też ludzie i ci też z mutantami obleśnymi to samo wszystko robili bez różnicy. Niektóre mutanty grali na bembnach i piszczałkach, kilka na straży stało, choć bardziej na polane siem gapili niźli na las, widać pilno im było z innymi pospółkować, a na środku przy tym wielkim kamieniu co z garnca podziemnego wychodził stało trzech mutantów albo i ludzi w kapturach i szatach świeconcych, choć nie ze złota, ani niczego cennego. Ci mieli przy sobie ofiary co je mieli złożyć swojemu demonowi a nam trza było im przeszkodzić, żeby siem sen ksiendza sigmarowego nie spełnił i demon spod ziemi nie wyszedł. Pan Bodewin zaraz po cichu każdemu zarzondził co ma robić, mie kazał z włóczniom do jednego strażnika po cichu podejść i jak już pani Jutta, pan Bazyl i pan Michael z kusz do tych przebranych mutantów wypalom dźgnonć go mocno i zabić. Wszyscy siem przygotowali ino pan Mangral gdziesik poszli, ale siem potem pokazało że czary w podziemiach czynić przez które siem potem cała ta przeklenta komnata zawaliła i demon sczeznoł na zawsze.

No to czekał żem z włóczniom a mutant ani myślał ze dwa kroki za nim stoje, bo siem ciengiem na tych co spółkowali na polanie z wywieszonym ze swojej koźlej gemby ozorem gapił. Naraz ten główny przebrany mutant, co już zdonżył  jednego jeńca zabić, kozła fiknoł do tyłu, aż mu spod szaty gołe łydki wylazły ! No to żem włóczniom dźgnoł i mutant z koziom gembom ani pisnoł, jak już bez dechu leżał. A potem to siem zaczło ! Pan Bodewin, pan Bazyl i pani Jutta w ciżbe mutantów skoczyli i cieli bez pomiłowania, pan Michael pieśni o Sigmarze głośno śpiewał, a ja żem mutantów oliwom z dzbana oblał i podpalił. Mutanty i ludzie co z nimi byli ledwo siem bronili, bo im siem w głowach zamonciło od dymów dziwnych co z ognisk szły i od chendożenia, tak że ino krew siem lała i obciente ludzkie, psie, kozie i inne członki w powietrzu latały. Ale i mie jakaś taka zdrożna chenć naszła i ku jednej dziewce żem poskoczył, o wojowaniu żem zapomniał i do ruchania siem rwał. Koszulem zrucił i dopiero jak mie po gołych plecach paznokciami przejechała opamientanie mi wróciło, ale mi nijak było dziewke zadźgać i ku innym żem poleciał. Paniom Jutte widać też chenć jaka naszła, bo żem widział jak spod jednego mutanta co miał całe ciało jakby psa i ino głowe ludzkom siem gramoliła, ale może nic tam miendzy nimi nie zaszło, bo w zbroi była, widać zdjonć nie zdonżyła ?. Pan Bazyl pod zwałami mutantów zległ, alem go wygrzebał i szmatami obwionzał coby siem nie wykrwawił, a pan Michael w plechach dziure po sztylecie miał co mu jom jedna dziewka lubieżna zrobiła jak jej nie chciał dogodzić. Ja żem jeszcze jednego mutanta zadźgał, a Grubego Bola, karczmarza z „Szuszu”, co nam piwo nalewał, a też miendzy mutantami dziewki obracał ogłuszył, bo mi siem go żal zrobiło. Ale tak teraz myślem, że chyba lepiej jakbym go był zabił, bo w Dorhen go spalom, co mu już po wszystkim pan Bodewin pienknie był przepowiedział.

Jak już siem ta rzeźnia skończyła pan Bazyl zaraz do klapy pobiegł, a z nim razem pan Bodewin i pani Jutta, tak że na polanie ino ja z panem Michaelem zostalim i dwie dziewki co je mieli mutanty w ofierze na kamieniu złożyć, a jedna z nich to ta Mańka była co jom ociec szukał, jak my w karczmie „Liść dembu” byli. No to te dziewki i grubego Bola co cały czas leżał bez zmysłów wyciongneli my za polane i ledwo w czas, bo zaraz siem cała polana zapadła do komanty co pod niom była. Potem żem sie dowiedział, że to pana Mangrala czary i woda świencona, co jom pan Bodewin na kamień wylał wygnały demona, co w garncu siedział i krew z kamienia pił. A jak już demon wylazł to go wszyscy oprócz mie i pana Michaela mieczami i toporami porombali, a w końcu pan Bazyl samom kolumne co z garnca wyłaziła zrombał i tak komnate całom zburzył.

Wychodzi na to żem sie przysłużył dobrze samemu Sigmarowi i całemu Imperium, ale jakby mi kto powiedział wcześniej że włoczniom długom na cztery łokcie bede mutantów dźgał tobym nie uwierzył. Tych mutantów to mi nie szkoda bo przecie to sługi Chaosu i niech ich tam ogień pali, ale że Bola też na stos postawiom to mi troche żal, no i pewnie jakieś dziewki co mutantami nie były na tej polanie własnymi renkami żem spalił, jakoś tak mi źle o tym wspominać. Żeby jeszcze jakie skarby w tych podziemiach były, jak mi pan Bodewin gadał, ale wszystkiego może ze dwadzieścia koron żem sie wzbogacił, a i to z trupów zdarte. Ech, czasem to jednak myślem że lepiej w mieście było zostać i do bohaterów siem nie pchać, niech sie za mutantów rycerze i kapłany biorom, a nie tacy jak my.


Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Warhammer, Warhammer II ,

Comments are closed.