Orient Express – Opis Sesji VII

A oto i część pierwsza najnowszego epizodu z życia badaczy. Z gościnnego Mediolanu, gdzie po własnoręcznym wyzwoleniu divy Cavolaro stali się sławni i niemalże bogaci, ślad nogi:-) zaprowadził ich do Wenecji. Ale, nie uprzedzajmy wypadków…

W Mediolanie zabawiliśmy jeszcze tydzień. Felix kurował przestrzelony obojczyk, zaś cała reszta pławiła się w popularności. Niestety, popularność okazała się mieć podejrzanie wiele negatywnych odcieni. Znikąd zaczęli pojawiać się dziennikarze, zainteresowani bynajmniej nie brawurową akcją odbicia słynnej śpiewaczki, która nota bene, znalazła się pod czułą opieką psychiatrów w lokalnym wariatkowie, a tajemniczymi naszymi poszukiwaniami! Zresztą chyba nie do końca takimi tajemniczymi, bo każdy pismak wydawał się wiedzieć o nich więcej od nas. Molestowali nas bez ustanku, jak nie dziennikarze, to jakiś Turek (tak, tak!) z muzeum w Topkapi, próbujący nas nachalnie podpytywać i dopraszać się dopuszczenia do spółki, co skończyło się dopiero wtedy, gdy Dave zrobił się wobec niego umiarkowanie niegrzeczny. Tak czy owak, ów Turek pozostał w nadziei na przyszłą współpracę i oferował wsparcie swoje oraz muzeum. Stanley dużo z nim rozmawiał, usiłując (bezskutecznie) czegoś się dowiedzieć, a przy okazji Vincent poczynił kilka niezbyt przychylnych dla tureckiego dżentelmena obserwacji.

Nie można nie wspomnieć też o tym, że zobaczywszy, do czego zdolny jest hrabia w swym pożądaniu statuy, postanowiliśmy pozbyć się go raz na zawsze. Poczyniliśmy zresztą pewne przygotowania – siatka, kołki, krzyże, dynamit… Z początku, Strażnik nawet podśmiewał się widząc te nasze zakupy, ale jak mieliśmy się rychło przekonać, w Wenecji polowania na wampiry ostatnio zrobiły się nadspodzianie modne.

Wreszcie, bark Felixa zagoił się na tyle, że grupa wyruszyła do Wenecji. Pod drodze jeszcze mieliśmy wątpliwą przyjemność oglądania faszystowskiej parady w Mediolanie (fascisti dostali status milicji) a Stanley miał, prywatnie, niewątpliwą przykrość zarobienia po gębie od jakiejś młodej, ładnej i znającej języki Włoszki imieniem Maria.

Na dworcu w Wenecji (chwała Bogu, nie był przebudowywany!) ujrzeliśmy taką scenę: otóż, do wspomnianej panny Marii przystawia się jakiś obleśny tłuścioch, ta wyraźnie woli przywitać się z młodym chłopakiem, ale tłuścioch daje znaki fascistom i Romeo znika w bocznej uliczce, porwany przez Czarne Koszule. Nie przejęliśmy się tym zanadto, ale jak to się zaraz wyjaśni, sprawa ta nie miała pozostać dla nas obojętną.

Zmieniając ustalony obyczaj, zatrzymaliśmy się w hotelu Grand. Po drodze, madame omal nie zatopiła gondoli (gondolier zaczął już śpiewać partię Celine Dion z “Titanica”…) a Dave raz jeszcze dał nam poznać że stara fobia nie rdzewieje, omal nie rozpłaszczając się na dnie łodzi.

W hotelu wszystko przebiegło by zgoła normalnie (co, wbrew pozorom, w naszym przypadku jest raczej nienormalne) gdyby Dave nie łyknął sobie pod okiem Vincenta zielonego płynu, przenoszącego w krainę snu (może to było następnego dnia ale, wysadźcie mnie w powietrze moim własnym dynamitem, nie pamiętam). No jakież było zdziwienie Dave’a, gdy w Mediolanie Snów (który zresztą przy Lozannie Snów wydawał się mglisty i nijaki) spotkał Księcia! Ów zszywany typek po raz kolejny, dość nachalnie przedstawił Dave’owi propozycję współpracy i zaczynamy podejrzewać, że się już od nas nie odczepi. W każdym razie, tylko silnej woli i zabiegom Vincenta zawdzięcza nasz muzyk, że z tego snu obudził się zdrowy i cały. Przy okazji, niestety, Książę wyciągnął z jego głowy Fenalika. Znaczy się, dowiedział się, że hrabia w całej swej upiornej postaci ściga nas zażarcie.

Wpadłem właśnie na pomysł, żeby prowadzić ranking naszych spotkań z Księciem. Pierwsze, w Lozannie, wygraliśmy. Tutaj był remis. To na razie, jesteśmy górą.

Zrobiliśmy sobie plan następnego dnia. Dave wpadł na pomysł, żeby poszukać domu, w którym w Wenecji, ongiś zamieszkiwał Fenalik. Pomysł w rzeczy samej znakomity. Inne pomysły może nie były aż tak odkrywcze, ale niewątpliwie odważnie. Do ich zrealizowania wszakże niezbędnym było pozyskanie pomocy miejscowej młodzieży akademickiej, czym na drugi dzień miał zająć się Stanley.

Ogólnie podział obowiązków ustalił się następująco.

Felix i Madame udali się wynająć w pobliżu Wenecji przytulną chałupkę, w której można by podłożyć materiały wybuchowe.

Stanley i Terry poszli szukać nogi, lub choćby wzmianki o jej ostatnim właścicielu, Alvise de Gremanci, osiemnastowiecznym alchemiku.

Dave i Vincent zajęli się spuścizną jaką w mieście pozostawił Fenalik, przez długie lata swej obecności.

Wydaje się zresztą, jakby to było wczoraj, bo całą Wenecja oszalała z powodu wampira, który jakoby grasuje po mieście i najmodniejszą biżuterią noszoną przez Wenecjanki stał się wianuszek czosnku, a biczownicy zakłócają turystom jękami i modlitwami poobiebnią drzemkę. Przy okazji znowu dała o sobie znać przypadłość Dave’a, który dostał histerii na ulicy i został przez tubylców zawleczony do kościoła i wyegzorcyzmowany – nawet specjalnie nie stawiał oporu.

Felixowi i Madame dzień minął właściwie bez przygód. Dość powiedzieć, że przy trzecim podejściu znaleźli odpowiedni lokal na peryferiach i wynajęli go za uczciwą cenę. Ciekawie zrobiło się kiedy wieczorem wracali gondolą do hotelu, bo wtem…. No, ale o tym na razie sza!

A inni? Stanley Miał trzy koncepcje. Po pierwsze, chciał zlokalizować miejsce, w którym mroczna emanacja nogi powoduje zwiększoną zachorowalność na choroby lewych kończyn dolnych. W tym celu, dał na uczelni ogłoszenie, w którym mowa byłą o dobrze płatnej pracy dla studentek medycyny, obeznanych ze statystyką, chorobami skóry i językami. Jak nietrudno się domyśleć, ogłoszenie zostało zrozumiane opacznie i następnego dnia Stanley miał w związku z nim kilka zabawnych wizyt (oburzonego profesora i dwóch rozbawionych prostytutek).

Druga koncepcja wymagała studentów chemii, a polegała na wysłaniu ich na poszukiwania wszelkich śladów słynnego alchemika de Gremanci. Trzecie ogłoszenie zapraszało do pracy studentów historii i z grubsza plan był taki sam jak przy drugim, ale tym razem, na celowniku miał znaleźć się hrabia Fenalik.

Prócz tego, nasi badacze, spędzili dzień włócząc się po mieście, szukając śladów w niemożliwie zbiurokratyzowanym magistracie i w muzeach. Trzeba przy tym wspomnieć, że tym razem do porozumiewania się z tubylcami, wynajęliśmy dwóch zawodowych tłumaczy. Kosztowali więcej niż studenci, ale nie chcieli nas oblewać wodą.

Poszukiwania szły już pełną parą i w tym momencie, Stanley popełnił błąd. Pozostawiając towarzyszy, wrócił do hotelu, czekać na odzew, jaki będzie po jego ogłoszeniach. Zamówił wino do pokoju, siadł wygodnie na kanapie i zanurzywszy wargi w aromatycznym napoju, z nagła zasnął.

Przyśnił mu się nie kto inny jak oczywiście Książę. Była to kolejna próba zmuszenia nas do niechcianej współpracy. Książę ze wszystkich sił usiłował nastraszyć Stanleya, ale ten nie dał się podejść i paskudny składak pozostał z niczym. Nie znam przebiegu rozmowy, ale z tego, co Stan mówił później, to Książę był nieostrożny i nie dowiedziawszy się niczego o naszych zamiarach, zdradził się z kilkoma sekretami. Między innymi z tym, w jaki sposób tworzy owe bezwolne sługi, które zapamiętaliśmy z Lozanny. Odpowiedź okazała się tak prosta, że aż przerażająca – te “zombie” to byli po prostu ludzie przebywający w krainie snów, podczas gdy Książę dzięki swym tajemnym mocom przejmował kontrolę nad ich ciałami. Zresztą, zademonstrował swe umiejętności, kierując śpiącym Stanleyem. A więc nasz pozszywany arystokrata okazał się groźniejszym i bardziej długodystansowym przeciwnikiem, niż mogliśmy się spodziewać. Ostrzegł nas też przed krainą snów w Zagrzebiu – ponoć panuje tam władca snów, istota o nieprzebranej mocy, nie lubiąca obcych.

Podczas całej rozmowy odbywał się subtelny pojedynek woli, w którym Książę starał się wydrzeć Stanleyowi jego lęki i obrócić je przeciw niemu. Na szczęście, dzielny Stan się nie poddał i dzięki temu, to spotkanie z Księciem można śmiało zaliczyć jako nasze zwycięstwo. Dwa zero!

Gorzej, że kiedy Stan doszedł do siebie, pojawiło się kolejne niebezpieczeństwo, tym razem bardzo konkretne i rzeczywiste. Powołując się na ogłoszenie, do pokoju zawitało dwóch drabów, udających dziennikarzy. Oczywiście, nie mieli legitymacji prasowych, za to mieli kaprawe oczy i rewolwery. Zrobiło się groźnie, bo panowie bardzo interesowali się Simulacrum (kto, do jasnej i ciężkiej cholery takich typów za nami wysyła?!?). Naturalnie, Stanley, nie raz już przecież będący w takiej sytuacji nie stracił zimnej krwi, a poczęstował jednego opryszków usypiającym winem, powodując jego natychmiastowy odpływ. Drugi na ten widok sięgnął po broń, ale nasz badacz był szybszy i typek znalazł się na muszce pistoletu. Więcej kłopotów nie chciał, ale gdy Stanley zawołał ochronę hotelową i policję, by usunęła intruzów, przytomny oprych zaczął się odgrażać.

Powoli zaczęli wracać pozostali badacze, z których każdy przynosił kolejną cegiełkę cennych informacji. Zjawili się także studenci z ogłoszeń – głównie cwaniacy, ale także jakiś mol książkowy, który jednym tchem wyrecytował z pamięci tonę faktów na temat Alvise de Gremanci i obiecał za marny pieniądz zapoznać się z historią Fenalika.

Jako ostatni, do hotelu ściągnęli Madame i Felix. Jednak i ich nie ominęła tego dnia przygoda – na brzegu kanału ujrzeli zmaltretowaną postać, w której Felix rozpoznał młodzieńca, zabranego przez faszystowską milicję z dworca. Czując się w obowiązku pomóc ofierze faszyzmu, badacze załadowali chłopaka do gondoli i zawieźli na pogotowie. Czując pismo nosem (znaczy, że to spotkanie nie było tak całkiem przypadkowe) Felix umówił się z wyratowanym Wenecjaninem na godzinę dziesiąta następnego dnia, na San Marco pod lwami.

Wreszcie, wszyscy znaleźli się w komplecie. Zdobyte informacje dawały nam niewąski przekrój sytuacji. de Gremanci był alchemikiem i … lalkarzem! Wyrabiał lalki w różnych kształtach i kolorach (pewnie i takie, z czarnej ceramiki, wielkości człowieka) a jego potomkowie wciąż mieszkali w Mediolanie i kultywowali rodzinne tradycje.

Fenalik natomiast… cóż, hrabia okazał się barwną postacią. Jego “rodzina” (jak podejrzewamy, on sam podszywający się kolejno pod swych potomków) mieszkała w Wenecji dość długo. W tym czasie, udało mu się zarobić na sławę mrocznej i tajemniczej postaci. Podobno, zdarzyło mu się wskrzesić utraconą kochankę, odszedł z miasta też blasku sławy, bo jego pobyt został zakończony przez malowniczy pożar rezydencji (a więc, kiedy żołnierze króla Francji podpalili mu dom w Poissy, to był już właściwie przyzwyczajony do takiego obrotu wydarzeń). Niejaką niespodzianką dla nas było to, iż podobno hrabia spłonął bezpotomnie w pożarze. Jak na własnej skórze przekonali się niektórzy z nas, była to wierutna bujda, a najprawdopodobniej sposób na zmylenie czujności pościgu.

Jeszcze jeden fakt poruszył nas niezmiernie. Otóż, do Wenecji, Fenalik przybył ze Wschodu, wraz z powracającym wojskiem krzyżowym. Czyżby rzeczywiście przypuszczenia nasze okazywały się słuszne i nieśmiertelny Comte Pfenalich był nikim innym jak sfrankonizowanym Sedefkarem we własnej, obłażącej skórze? W końcu wiadomości o jego śmierci są raczej zdawkowe i jakby tego nie rozpatrywać, przedatowane. Może więc i wtedy, w Konstantynopolu, zaaranżował fałszywy zgon i wybrał wolność? A może to jednak nie sam Sedefkar a jakiś jego krucjatowy uczeń (lub ofiara) obdarzony przez Bezskórego nieśmiertelnością? Czas pokaże, znaczy, pewnie jeszcze przekonamy się o tym w dość bolesny sposób.

Na następny dzionek nasze plany przedstawiały się jasno. Po pierwsze, zbieranie pierwszych owoców naszych poszukiwań, czyli prac zleconych studentom i urzędom (część tych wiadomości przedstawiłem właśnie powyżej – nie było sensu rozbijać ich na dwa razy). Po drugie, odwiedziny w domu, w którym mieszkał Alvise de Gremanci. Po trzecie, spotkania na San Marco. I po czwarte, przygotowanie wynajętego domku na przyjęcie gościa.

W mieście, wszyscy są wzburzeni okrutnymi mordami, w istnienie wampira wierzy już chyba każdy mieszkaniec Wenecji. Wszędzie czosnek, biczownicy, samosądy, publiczna walka z występkiem et ceatera. Trzeba się pilnować, bo można skończyć w kanale za niedbały strój albo cudzoziemski akcent (przewidziawszy takie okoliczności, żaden z nas nie poznał w swym życiu włoskiego, nie chcąc niedoskonałą wymową kalać tego pięknego języka i narażać się na zemstę porywczych Włochów:-)

W takich oto warunkach przyszło badać naszym badaczom.

Zacznijmy od Felixa. Mając przy boku Madame, nasz Szwajcar spotkał się z pobitym chłopakiem. Ów okazał się być lewicującym pracownikiem faktorii lalkarskiej Gremancich! Do tego zakochanym po uszy w bogatej Marii, na którą ostrzył sobie zęby także tłusty szef faszystowskiej milicji, spotkany przez bohaterów na dworcu. Dziewczyna została pod opieką babki (chłopak twierdzi, że ojcu Marii, przedstawicielowi jednej z patrycjuszowskich weneckich rodzin, na tamten świat pomógł wyprawić się nie kto inny, jak obleśny konkurent do wianka córuchny) która jest czuła na mezalianse (czytaj: nasz rozmówca – be) ale nieczuła na odpychający wygląd zewnętrzny i bezkompromisowe poglądy (czytaj: faszysta – ach). Maria woli młodego, choć biednego proletariusza.

Na marginesie, chciałbym tu zauważyć, że wraz z przybyciem badaczy do dowolnej okolicy, miejscowe legendy stroszą się niczym kolce na jeżu. A że słyszeliśmy wzmianki o historii, której bohaterami jest para kochanków, przeto całkiem sensownym wydaje się być przypuszczenie, że będzie ten wątek naszych przygód jakoś wiązał ze sobą legendę i losy Marii i młodego Włocha, którego imienia nie dane mi było zapamiętać.

Felix zawarł z chłopakiem umowę: Włoch pomoże Stowarzyszeniu zdobyć nogę Simulacrum, za to Stowarzyszenie wyciągnie go wraz z Marią do Szwajcarii i pomoże zacząć nowe życie. Układ spodobał się obu stronom, ustaliły więc dyskretne sposoby kontaktowania się i rozeszły do swoich zajęć. W przypadku Felixa i Madame, było to podłożenie w wynajętym domku sporej ilości materiałów wybuchowych i założenie sprężyny na drzwi, który to mechanizm czynił ze skromnego budyneczku śmiertelną pułapkę. Na tym zakończyła się ich rola tego dnia.

Więcej zdziałała reszta. Zebrali sporo informacji, po czym udali się do Gremancich. Udając niefrasobliwych, choć nieprzyzwoicie bogatych Amerykanów, dowiedzieli się, że w pracowniach rzeczonej nogi z czarnej ceramiki nie ma, ale może kiedyś była i w archiwach można znaleźć ślady jej zbycia. Archiwami jest też zainteresowany pewien… Turek! I o dziwo, nie jest to uprzednio poznany rezydent muzeum w Topkapi. Starszy turecki jegomość wyrażał umiarkowaną chęć współpracy, która jednak, po kilku ekscentrycznych odzywkach “Jankesów” zamieniła się w umiarkowaną niechęć. Nasi badacze, nie zrażeni, postarali się o zapewnienie odpowiedzialnego za szperanie po archiwach pracownika faktorii, że zapłacą lepiej i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku powrócili do hotelu. Na odchodnym poznali też pewien istotny fakt: Alvise de Gremanci tworzył nie tylko lalki, ale i posągi! To mogło oznaczać, że noga jest wkomponowana w którąś z weneckich figur.

Po południu, znów wszyscy się spotkali. Wiedząc z grubsza czego i gdzie szukać, pewni swej siły badacze, postanowili, że byłby najwyższy czas pozbyć się uprzykrzonego Fenalika, odwiedzając go za dnia w jego starej posiadłości. To, że hrabia przebywał w mieście było niewątpliwe (liczne morderstwa). Może naszym bohaterom dopisze szczęście i zaskoczą wampira wylegującego się w starej, wygodnej trumnie? Czas pokaże, a przeczytać o tym będziecie mogli już w następnym odcinku przygód badaczy tajemnicy Simulacrum.

Tomasz F. Misiorek

About Tomasz F Misiorek

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
ZC Orient Express, Zew Cthulhu ,

Comments are closed.