Orient Express – Opis Sesji V i VI

Witajcie,

Od niniejszego odcinka zmieniam nieco konwencje zapisków z naszych sesji. Historia, pisana w formie listów Felixa odrobinę mi się już przejadła i wraz z początkiem naszych przygód w pięknym Milano, listy Felixa do wuja Gerwazego będą przytaczane jedynie we fragmentach. A reszta? Wiecie, czym jest reszta…

Wyjazd ze Szwajcarii do Włoch przypadł pięknego poranka, pociągiem około godziny siódmej rano. Stanley, Terence i Madame pozostali jeszcze w Lozannie, by pozałatwiać resztę swoich spraw i zidentyfikować sprawców nocnego napadu. Felix, Vincent i Dave ruszyli „przygotować teren” w Mediolanie. W podalpejskim tunelu Simplon, po raz pierwszy spotkaliśmy się z uroczymi przedstawicielami włoskich służb celnych, którzy nie bacząc na gorące protesty Vincenta, zajęli się nim szczególnie troskliwie i starannie przetrząsnęli cały jego bagaż. Pistolet zabrany z gabinetu Wellingtona, Dave sprytnie ukrył w toalecie – tak sprytnie, że po wyjściu celników sam nie umiał go znaleźć:-)

Spodziewaliśmy się że Mediolan przywita nas starożytnym majestatem i renesansowym przepychem historycznego miasta – nic z tego – zamiast zakochać się od pierwszego wejrzenia, wpadliśmy prosto w kurz placu budowy, w jaki czasowo zamienił się słynny mediolański dworzec, oraz w tłum krzykliwych Włochów, którzy nie znali ani słówka w żadnym z cywilizowanych europejskich języków. Oczywiście, podejrzliwy Vincent zaraz zainteresował się bagażami, które przywiózł ze sobą OE, ale (jak się później okazało, na nasze nieszczęście) wyperswadowaliśmy mu dłuższe śledztwo. Oto przecież czekała na nas stolica europejskiej kultury (jeśli tylko uda nam się wyjść z przebudowywanego dworca, naturalnie).

Udało się. Znaleźliśmy się w centrum Mediolanu i niezwłocznie skierowaliśmy do hotelu (jak to mamy w zwyczaju, Grand). Na miejscu, Felix pogadał sobie przez telefon z podnajętym uprzednio detektywem, którego zadaniem było wyszukanie jakichś informacji na temat losów torsu Statuy. Detektyw nie dowiedział się zbyt wiele, ale przynajmniej zbadał dla nas tropy, po których my już nie musimy iść i złapał cynk, że prócz nas, torsu szuka też jakiś tajemniczy jegomość, rozsyłając za dziełem (?) Sedefkara po lombardach tabuny detektywów (bogacz, znaczy się). Na następny dzień umówiliśmy się z wdową po ostatnim właścicielu torsu, mając nadzieję, że natrafimy w czasie wizyty na jakiś ślad, który został przeoczony przez naszych konkurentów.

Myśleliśmy już, że do czasu przybycia naszych towarzyszy błogo sobie poodpoczywamy i pozwiedzamy, ale, jak to zwykle bywa w trudnej profesji badacza, nic z tego! W mediolańskich gazetach aż huczało od wieści, że signorina Cavolaro, nasza diva, którą moi towarzysze mieli zaszczyt poznać w pociągu, zniknęła w tajemniczym okolicznościach! Jak wykazało krótkie śledztwo (poszukiwania podjęliśmy bez zwłoki) wraz z divą zniknęła też dyskusyjnej przydatności dla świata osoba Charlesa, naszego ulubionego bufona i tenisisty, oraz dwoje służących Cavolaro, pokojówka i sekretarz (czyżby czworokącik? Stanleyu, to coś dla Ciebie;-)

Jak już wspomniałem, zabraliśmy się do działania. Pierwszym krokiem, było oczywiście przełamanie bariery językowej pomiędzy nami, a resztą włoskojęzycznego świata. Dokonaliśmy tej trudnej sztuki w stosunkowo prosty sposób, opłacając towarzystwo (to nie tak jak myślicie…) uczynnego studenta sztuki (to naprawdę nie tak…), który podjął się oprowadzać nas po mieście i służyć w charakterze tłumacza, a nawet naraić żądnemu wrażeń Dave’owi jakąś uroczą koleżankę. Student ów okazał się zresztą świetną inwestycją (do czasu…). Imienia jego nie pomnę, ale nie zaniedbywał nas i obwoził taksówkami (za nasze pieniądze, a raczej pieniądze Stowarzyszenia) po całym mieście, nie zadając zbyt wielu pytań, bredząc tylko o modzie, urodzie i operze. (Może powinniśmy wynająć studenta archeologii? Bredziłby wtedy o statuach, zwojach, turkach… ach, marzenia…)

Ku zaskoczeniu Dave’a taksówki w Mediolanie okazały się podejrzanie kosztownym sposobem podróżowania. Nas muzyk szybko nabrał zwyczaju wykłócania się z każdym taryfiarzem o stawkę, posuwając się nawet do takich czynów jak uszkodzenie mienia, lub znieważenie dobrego miana kierowcy.

Wróćmy jednak do naszych poszukiwań signoriny Cavolaro. Po pracowitym dniu, dowiedzieliśmy się, że wynajęty dla niej samochód, odnaleziono porzucony na opustoszałym parkingu, do domu nie wrócił też jej szofer, samotnik i chyba jakiś lewy gość. Przy okazji poznaliśmy portiera z hotelu divy, absolutnie zakochanego w jej głosie włoskiego pacana, który wielce poruszony zniknięciem swego bożyszcza, obiecał nam solennie pomoc w poszukiwaniach.

No niestety, na więcej śladów nie natrafiliśmy. Pozostało przespać się i rano, doczekawszy się na przybycie reszty, podjąć śledztwo na nowo, jak to przystało na badaczy z krwi i kości. Rano będzie lepiej!

O my durnie. Gdy przyszedł ranek, było dużo gorzej…

Ale po kolei. W nocy, pozostawiwszy Dave’a sam na sam z pewną Włoszką, zaczęliśmy (znaczy się, Felix i Vincent zaczęli) łazić po okolicach hotelu divy, wypatrując w desperacji jakichkolwiek tropów mogących naprowadzić nas na ślad. Już mieliśmy wracać do hotelu, kiedy nagle z bocznej uliczki usłyszeliśmy Jej głos! Ruszyliśmy w tamtą stronę, ale głos wprzódy okazał się mirażem, to cichnąc, to dobywając się z coraz to innego zaułka. Wokół nas szybko zaroiło się od ludzi, którzy również słysząc śpiew ukochanej artystki, wyszli na ulicę, by jej szukać. Nasze podejrzenia wzbudził typ w prochowcu, którego spotkaliśmy w pustej ulicy, stojącego jakby na czatach i który wyraźnie starał się nas wystraszyć (niedwuznacznie wskazywał, że ma przy sobie broń). Typ był nader podejrzanie podobny do tego, którego przy okazji wyjazdu z Lozanny przyuważył na peronie Vincent. Postanowiliśmy się mieć na baczności, co zaoowocowało pewnym niefortunnym wypadkiem, ale o tym, może niech Felix opowie własnymi słowami…

„Na dźwięk Jej głosu, który rozległ się tuż obok nas, jakby na wyciągnięcie ręki, Vincent wyrwał do przodu jak koń na wyścigach, ja za nim. Zdyszani, przecinaliśmy kolejne zaułki i gdy już nam się zdawało, że tym razem się uda, tym razem zdążymy, przed nami jakby spod ziemi wyrósł rosły mężczyzna w ciemnym prochowcu. Rozczapierzył ramiona, starając się nas zatrzymać, zaczął nawet coś mówić, ale Vincent zanurkował pod jego rękami i pobiegł dalej, ja zaś postanowiłem dać w końcu nauczkę cholernemu szpiclowi. Dobrze wymierzony cios trafił w jego szczękę. Wyraźnie zdziwiony takim obrotem sytuacji, próbował mi się odpłacić, ale wiesz wuju, że jestem młodzieńcem sprawnym a nadto dobrze do takich okoliczności przygotowanym, więc szybko na jego twarzy po raz drugi wylądowała moja pięść, obciążona kastetem. Po drugim ciosie, nie był już w stanie ustać na nogach, poddał się więc, osuwając na ziemię. Ja widząc, że za nami biegnie tłum ludzi, nie chcąc zostać niesłusznie posądzonym o napaść, przeskoczyłem przez jego ciało i dołączyłem do Vincenta…”

Niestety! Jedynym, co nasi bohaterowie znaleźli w miejscu, w którym spodziewali się znaleźć Catarinę Cavolaro, były ślady gum na asfalcie i rozbity słój z… suszonymi motylami! To się Badaczom nie bardzo mieściło głowach, więc woleli wrócić do hotelu i odespać męczący pościg.

No i się nacięli. W międzyczasie, Dave zabawiał się radośnie z Włoszką, zaś po wszystkim zapadł w sen błogi w ramionach swej nowej muzy. Z owego snu, naszego sexofonistę wyrwało znajome pukanie w szybkę. Wrócił hrabia Fenalich, w całej swej glorii, wrócił, i jak przystało na dżentelmena i szlachcica, wisiał grzecznie za oknem, wlepiając w szybę przekrwione oczka i czekając, aż mu ktoś otworzy.

Jak się pewnie domyślacie, Dave nie miał zamiaru tego uczynić. Na jego nieszczęście, hrabia telepatycznie próbował nakłonić go do okazania gościnności. W desperackiej obronie przed tymi nieeleganckimi zabiegami, Dave wpierw chciał sięgnąć po broń, ale przypomniawszy sobie, ze po pierwsze, rewolwer miał nielegalnie, a po drugie, przy okazji ostatniego spotkania hrabia atakował tylko samotne osoby, muzyk obudził signorinę z którą spędził upojny wieczór. Dziewczyna zaspanymi oczętami spojrzała na okno, od którego dobiegało  zmysłowe puk – puk  Fenalicha i pod wpływem jego sugestii, wczepiła się palcami w szyję Dave’a. Ten próbował się ze wszystkich sił wyrwać, ale na nic zdały się próby – jako typowa Włoszka, dziewczyna miała siłę konia i pechowy Amerykanin stracił świadomość. Ostatnim jego wspomnieniem sprzed przymusowej drzemki, było, jak się zapewne domyślacie, czułe weźrzenie hrabiego.

Niedługo później, do akcji wkraczamy MY, tj. Felix i Vinc. Po powrocie z nocnej wycieczki, coś nas tknęło (ciekawe co? pewnie to, że nie musieliśmy się zagłuszać…) i postanowiliśmy zajrzeć do Dave’a. Jako, że jego pokój był zamknięty, musieliśmy przekonać portiera, by zezwolił nam tam zajrzeć (klucza dać nie chciał, włoska cholera).

To co ujrzeliśmy, da się porównać jedyne z tym, na co Bóg nie mógł już dużej patrzeć w Sodomie. Na łóżku leżał roznegliżowany Dave z krwawą plamą na szyi, obok kuliła się przerażona (ale również roznegliżowana, co nie umknęła naszej czujnej uwadze:-) dziewczyna. Jej uspokojenie i przywrócenie do stanu jakiej takiej używalności (była solidnie zużyta, zarówno przez Dave’a jak i hrabiego, choć każdy podszedł do sprawy na swój sposób) okazało się zadaniem niełatwym. Naturalnie, opuściła pośpiesznie nasze towarzystwo, gdy tylko Dave ocknął się na tyle, by odholować ją do akademika (na co zresztą specjalnie nie reflektowała, woląc pójść sama).

Powagę sytuacji zrozumieliśmy dopiero rano, wtedy, jak nasz towarzysz odprowadził damę i wrócił do siebie. Zwój zniknął, zniknął też Fenalich, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa znający już teraz miejsce ukrycia Ręki i hasło do skrytki bankowej. Podejmując desperacką próbę uratowania sytuacji, zadzwoniliśmy do Szwajcarii, mając nadzieję że Madame, Stanley i Terry jeszcze nie wyjechali i któreś z nich pojedzie szybko do Genewy i zmieni hasło.

Spóźniliśmy się. Orient Express już odjechał.

Nie wszystko jednak było stracone. Przewidując rozwój wypadków, zadbaliśmy o to, by po zebraniu się w komplecie, jedno z nas mogło natychmiast polecieć (sic!) do Szwajcarii i załatwić nie cierpiącą zwłoki operację. A póki co, poszliśmy patrolować dworzec, mając nadzieję, że przyłapiemy hrabiego, jak będzie wchodził na pokład pociągu do Lozanny.

Wpierw wydawało się nam, że nic z tego, ale kiedy mieliśmy już schodzić z peronu, uwagę naszą przykuł jakiś dziwaczny osobnik, biegnący w stronę pociągu i mamroczący coś w rodzaju „Szwajcaria, musze zdążyć na Szwajcarię!”. To nam wystarczyło. Wspólnymi siłami Dave’a i Felixa, obaliliśmy typa na ziemię i potulnie poczekaliśmy na karabinierów.

W czasie, gdy my i Pan Szwajcaria składaliśmy wyjaśnienia na policji (niestety, okazało się, że nasza ofiara nie tylko, że nie była Fenalichiem, to nawet nie miała ze sobą Zwoju Głowy), do Mediolanu wtoczyła się po torach reszta Stowarzyszenia, w osobach Stanleya, Terry’ego i Madame. Po tym, jak już doprowadzili jako tako do ładu fryzury (jak Vinc opowiedział im co się stało, włosy stanęły im dęba na głowach) rozgościli się w hotelu i poczekali, aż wrócimy z komisariatu.

Pierwszą naszą kolektywną decyzją było spojenie Madame i wsadzenie ją na pokład dwupłatowca lecącego do Genewy. Madame się trochę opierała, pilot, jak zobaczył jej wymiary trochę przybladł, ale wszystko skończyło się pomyślnie.

Potem omówiliśmy sytuację. Wyglądało na to, że Fenalich może swej woli podporządkowywać ludzi, takich jak wariat z Charenton, czy nasz Pan Szwajcaria. Odkrycie tej prawdy nie poprawiło nam humorów, ale nie zrażeni niepowodzeniami, przeszliśmy od jałowej dyskusji do czynów, udając się z wizytą do wdowy po ostatnim posiadaczy Torsu Simulacrum. Tzn. Większość z nas się udała. Felix i bodajże Dave, zostali w hotelu, odespać męczącą noc.

Spotkanie z wdową (starszą panią w tarapatach finansowych, która liczyła gorąco na to, że uda jej się opchnąć zwariowanym Amerykanom dom) okazało się strzałem w dziesiątkę. Mając za tłumacza niezawodnego naszego detektywa, dowiedzieliśmy się, że Tors nie trafił na listę cennych drobiazgów do licytacji, a został sprzedany jakiemuś krawcowi jako pospolity manekin. Taką wiadomość przekazał nieco ekscentryczny majordomus, zresztą, w czasie wizyty, ekscentrycznych zachowań było więcej. Vin przeżył chwilę grozy w piwnicach, do których uparł się zajrzeć, a Stanley zadał sobie wiele bolesnych pchnięć i cięż sztućcami, usiłując przekonać się, czy długa obecność Torsu w posiadłości, wywołała taki sam negatywny wpływ na proces zdrowienia mieszkańców.

W końcu nasi towarzysze pożegnali się i opuścili wdowę, nie kupując naturalnie domu.

Felix i Dave też nie mieli lekkiej drzemki. Otóż, pojawił się student, którego wszyscy zapewne pamiętamy, pojawił się i zażądał od Dave’a satysfakcji za straszliwe krzywdy który jakoby Dave poczynił jego koleżance, a za które, jak wszyscy wiemy, był odpowiedzialny Fenalich. Ponieważ studencina grzecznie poroszony nie poszedł sobie, a nawet odrobinę Dave’owi przyłożył, do akcji musiał wkroczyć Felix i zastosować wobec mizernego Włocha środki przymusu bezpośredniego. Odgrażając się rzęsiście, studencik został wyniesiony z hotelu.

Wróciła sekcja badająca ślad Torsu. Przedtem jeszcze, detektyw został poinstruowany, by wypytał okolicznych krawców o los naszego „manekina”.

Zastanawialiśmy się właśnie, w którą stronę mamy się teraz zwrócić, kiedy to nagle zadzwonił adwokat pana Facchii, miejscowego Kaszpirowskiego i VIPa. Pan Facchia, jest bardzo zainteresowany naszymi poszukiwaniami Simulacrum (jakbyśmy tak wszech i wobec o nich rozpowiadali) i chciałby się z nami spotkać. Może dziś wieczorem, w jego posiadłości? Dlaczego nie.

Taksiarz, który wiózł nas był do pana Facchii, rozpływał się przez całą drogę nad tym, jakim to cudotwórcą jest rzeczony medykus. Podobno uzdrawiał ludzi, których współczesna medycyna skazała już na rychłą śmierć. Jednak, co ciekawe, nie potrafił pomóc sobie samemu – od jakiegoś czasu cierpi na poważne schorzenie gardła i w związku z tym, zawiesił praktykę.

Dom Facchii zrobił na nas wrażenie ustronnej forteczki, strzeżonej przez zespół ochroniarzy żywcem wyjętych z kiepskich kryminałów o Mafii. Miałem wrażenie, że sługusi Fachii ostatnim wysiłkiem woli powstrzymali się przed przeszukaniem nas na okoliczność broni palnej i podsłuchów.

Wreszcie stanęliśmy przed obliczem gospodarza. W jego imieniu mówił prawnik, marna gnidka taka, gadająca grzecznie, ale z pewną wyższością. Facchia faktycznie okazał się być starszym panem w nie najlepszym stanie. Szyję miał obwiązaną bandażami i swoje uczucia wyrażać mógł jedynie za pomocą oczu.

Prawniczyna od razu przeszedł do rzeczy. Otóż, Facchia baaardzo interesował się Simulacrum i oferował nam poważną pomoc i konkretne pieniądze za to, żebyśmy połączyli siły i dalsze poszukiwania prowadzili na jego rachunek. Co więcej, gotów był nieźle zapłacić za każdy, najdrobniejszy nawet ślad statuy! Kiedy próbując go zbyć wspomnieliśmy o tym, że jakoby w naszym posiadaniu znajduje się tekst, wspominający okoliczności rozczłonkowania Simulacrum, gospodarz omal nie wyskoczył ze skóry i chciał zasypywać nas lirami byśmy natychmiast wrócili po ten dokument do Londynu…

To było co najmniej podejrzane. Ale o to, zapomnieliśmy niemal zupełnie o Simulacrum, gdy nagle na kolanka Facchii wdrapał się jego ulubieniec, legwan i stary Włoch zaczął karmić go … zasuszonymi motylami!!! Nabrałem pewności, że to ten mafioso Facchia porwał Caterinę Cavolaro i wpierw obwoził ją po mieście, a teraz trzyma gdzieś w swej niedostępnej rezydencji. Po co? Dlaczego? Poza słaby,m przypuszczeniem, że chce wykorzystać jakoś do niecnych celów przesąd, w myśl którego, jeśli Mediolan wyśpiewa życzenie wraz z divą na premierze, życzenie się spełni. Dyskretnie zagadnięty, Facchia przyznał się, że jest miłośnikiem opery (nie ma dziwne) i nawet wręczył nam kosztowne zaproszenia na premierę „Aidy”, premierę, której niestety nie uświetni sopran Cavolaro.

Ostatnim zrywem Felix wymknął się jeszcze do telefonu i próbował w dramatycznie zagadkowy sposób (ochrona podsłuchiwała) wyznać straszną prawdę imć Buraggio, portierowi z hotelu zakochanemu w głosie Cavolaro, ale oczywiście ów nie zrozumiał niczego i jeszcze się bęcwał ucieszył, że diva jest cała, zdrowa i bezpieczna w rękach które leczą!.

Nie mogąc uczynić nic więcej (czyli – nie mogąc uczynić nic) opuściliśmy dom Facchia, w sprawie statuy mamiąc go niejasnymi obietnicami. Wróciliśmy do hotelu.

A następnego dnia…

Oto, czego dowiedział się nasz nieoceniony detektyw:

Egipskie popiersie z czarnej ceramiki alias czarny manekin krawiecki alias tors Simulacrum Sedefkara zostało na wyprzedaży wyprzedane intendentowi z LaScali! Czyli, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, wieczorem, w trakcie premiery, znajdziemy się zadziwiająco blisko naszego lubego torsu. Jednak, pałając żądzą, by znaleźć się blisko niego jeszcze przed premierą, wysłaliśmy do opery obytego w wyższych sferach Stanleya, z samobójczym (w dniu premiery) zadaniem odnalezienia i zdobycia bezcennego artefaktu.

W gmachu LaScali dzielny dziennikarz zobaczył dantejskie sceny i przeszedł przez organizacyjne piekło. Przy czym, zanim wyrzucono go z budynku na tzw. zbity łeb, zdołał dowiedzieć się tyle, że tors istotnie w operze jest i pewnie zostanie użyty jako element dekoracji do „Aidy” w akcie drugim. Niestety, w operze myszkował też wysłannik Facchii. Ciekawe, jakim cudem dowiedzieli się tego co my, przeoczywszy wprzódy ten ślad zupełnie?

W międzyczasie, odwiedziliśmy Buraggio i popławiliśmy się troszeczkę w jego drobnomieszczańskiej gościnności. Portier sprzedał nam kilka ploteczek o „klątwie kostiumowej” prześladującej przygotowania do premiery, co tylko potwierdziło nasze przypuszczenia co do tego, że tajemniczy manekin to istotnie część feralnej statuy. Po południu, opuściliśmy niepoprawnego miłośnika opery i spaghetti i udaliśmy się do hotelu, wyelegancić na przedstawienie.

W hotelu usiłowaliśmy jeszcze naprędce sklecić jakiś rozumny plan, ale ponieważ nic mądrego z tego nie wyszło, postanowiliśmy przygotować się na artystyczne przeżycia (latarki, rewolwery, noże) i czekać z ręką na pulsie na rozwój sytuacji.

Przed operą tłok. I afera, bo spostponowany student Enrique, wraz z kilkoma kolegami urządził sobie happening, oblewając nas lodowatą wodą z wiadra. Student zwiał, a kilku z naszej dzielnej drużyny badaczy zostało w mokrym przyodziewku (szczęściem, wierzchnim). Mimo tych trudności dotarliśmy do loży wynajętej przez Facchię, przywitaliśmy się po raz kolejny tego dnia z Buraggio, któremu załatwiliśmy wejściówkę i zajęliśmy pozycje.

Ledwie przebrzmiała uwertura, a na scenę wytoczył się jakiś śpiewak i dalejże uszczęśliwiać nas, „znawców” opery głębokim brzmieniem swego głosu. Na szczęście nie trwało to długo i po nim do roboty zabrała się dublerka Cavolaro, żadna gwiazda, ale obiecująca młoda śpiewaczka. Wyostrzyliśmy wszelkie zmysły, spodziewając się niespodzianki (jak można spodziewać się niespodzianki? Ano, wygląda na to, że w pracy badacza, nawet taka sprzeczność nie jest do końca sprzeczną).

Nie zawiedliśmy się.

Z loży Facchii (zajętej zresztą tylko przez niego , jego prawnika i mafię) dobiegł nas głos boskiej Cateriny! Pewni, że obleśny staruch przemycił divę do opery i kazał jej śpiewać jak sam zagra, natychmiast omietliśmy (znaczy, Vincent omiatał) lożę światłem latarek. I co? I zobaczyliśmy, jak to sam stary, schorowany Facchia wysila gardło, śpiewając czystym, niebiańskim sopranem! O żesz ty!

Niewielu ludzi na to dziwo zwróciło uwagę, ale mimo to zaczął się maleńki szumek, który ustał po chwili. Czekaliśmy co dalej.

Wtem, usłyszeliśmy skrobanie przy zamku u drzwiczek naszej loży. Podejrzewając najgorsze (tzn. hitmanów Facchia) uznaliśmy, że w tym przypadku najlepszą obroną będzie atak i Felix znienacka, bez pytania znokautował draba, po czym z pomocą Dave’a przetransportował go (nie bez przygód) do toalety.

W tym czasie nie sali znowu ruch. Wśród dekoracji do drugiego aktu pojawił się tors! Na jego widok, Facchia znowu wrzasnął jak baba, której ktoś wsadził zimne łapy za dekolt (wybaczcie obcesowy żart, ale ujawniło się tutaj pospolite pochodzenie Felixa:-). Zarówno reszta drużyny badaczy, jak i lekarz/mafioso z obstawą, pospołu rzucili się za kulisy natychmiast zdobyć pożądaną część ciała.

Oczywiście, Felix i Dave spędzali w tym czasie urocze chwile w kiblu, nie wiedząc o bożym świecie. W dodatku, musieli odstraszać ciekawskich portierów, nadmiernie przejętych losem pobitego włamywacza – amatora (a może profesjonalisty? Kto go tam wie…).

Bieg po statuę był niełatwy, i pomimo poświęcenia madame, której udało się staranować jakiegoś byczka czy dwóch, fakt, że ochrona Facchii miała gnaty, a sam Facchia pieniądze i reputację spowodowały, że nasi bohaterowie przegrali w tym osobliwym wyścigu. Staruch dostał tors i oddalił się w niewiadomym kierunku (jak się później okazało, w stronę tylnego wyjścia z opery).

W tym czasie, ekipa badaczy zdążyła obejść całą operę wraz z przyległościami i dokumentnie się w gmachu pogubić. Najbiedniejszy w tym wszystkim był Buraggio, który ni w ząb nie pojmował co się dzieje i siedział jak mysz pod miotłą, usiłując cieszyć się przedstawieniem.

Gdy reszta błądziła po operze, Felix i Dave uwolniwszy się od ciężaru jakim był pechowy zbir, zaczęli myszkować po okolicy. Usłyszawszy krzyki i strzały udali się czym prędzej w kierunku, z którego dobiegały, ale przybyli już, niestety (albo i stety…) za późno. Facchia i szef jego ochrony (byczek w typie wczesnego DeNiro) leżeli pozbawieni gardeł przez kogoś, od kogo zalatywało subtelnym zapachem hrabiego Fenalika. Stare wampirzysko rąbnęło oby panów (nie bacząc na to, że przedtem zdołali naszprycować hrabiego ołowiem. Uff, jakim cudem my jeszcze żyjemy?) po czym z torsem na ręku zniknęło w uroczych Mediolańskim kanałach. Znaleźliśmy miejsce, w którym Fenalik do kanałów najprawdopodobniej zszedł, ale jakoś nie spieszyło nam się za nim podążyć.

Tu się rozdzieliliśmy, bo Dave postanowił dołączyć do reszty grupy (wciąż w operze) a Felix, pragnący iść divie z odsieczą ubzdurał sobie, że może Cavolaro jest zamknięta w rezydencji – twierdzy Facchii, gdzie nie ma nic lepszego do roboty, tylko śpiewa. Z taką myślą, tłukąca się po twardej czaszce, nasz Szwajcar wziął taksówkę i pojechał w podejrzane miejsce.

Oczywiście, nikt nie śpiewał. Nawet sowy nie hukały. Ale, kiedy już tracił nadzieję, zobaczył światła samochodu, który z piskiem obok i dymem z chłodnicy stanął na poboczu. Z auta wytoczył się nie kto inny jak niezapomniany Charles! W krótkich, męskich słowach, przerywanych babskimi szlochami, słynny tenisista opowiedział, jak to został porwany wraz z divą przez jakichś oprychów i jak to udało mu się przeżyć i sprytnie wydostać z ich łap. Jako, że w międzyczasie Dave, z sobie tylko znanego powodu sprowadził pod dom Facchii resztę ekipy, narodził się śmiały plan odbicia Cavolaro.

Ruszyliśmy do boju. Na pierwszy ogień poszli pijani w sztok prześladowcy Charlesa, ale choć zacięcie się ostrzeliwali, przeciwko rozwścieczonym badaczom nie mieli szans. Pod groźbą tortur wydobyliśmy z nich gdzie i kto przetrzymuje divę i w pięciu chłopa (+ madame liczona za półtora chłopa, + Charles liczony za półchłopka, + dwóch taksówkarzy, którzy już nie takie rzeczy widzieli i – dwóch związanych oprychów) przystąpiliśmy do akcji antyterrorystycznej.

Nie będę się tutaj rozpisywał na jej temat, dość powiedzieć, że bandziorów było 5 a uciekło 3, choć mieli przewagę w sile ognia, w postaci rewolwerów i pistoletu maszynowego. Odbita Cavolaro nie była w najlepszej kondycji. Najwyraźniej gwałcona i maltretowana, została do tego poddana przez Facchię (chyba…) jakiejś odrażającej operacji, po której on mógł cieszyć się jej boskim sopranem (niedługo, dobrze mu tak, czarnoksiężnikowi cholernemu!) a ona została z chrapliwym głosem starucha.

Pozbierawszy się do kupy (niektórzy zbierali się dłużej – Felix został ranny w obojczyk) udaliśmy się na policję, opowiedzieć o wszystkim i odebrać zasłużone laury.

Jak opowiem w następnej części przygód naszych badaczy, jeszcze nam te laury bokiem wyszły…

Tomasz F. Misiorek

About Tomasz F Misiorek

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
ZC Orient Express, Zew Cthulhu ,

Comments are closed.