Orient Express – Opis Sesji II

Wuju Gervase,

Piszę jeszcze z Paryża, choć zdaje mi się, że słyszę już głos konduktora wzywający na pokład Orient Expressu. Wyjeżdżamy ze stolicy Europy pospiesznie, ale nie wyjeżdżamy z pustymi rękami!

Gdybym od razu przeszedł do rzeczy i wprost napisał co się wydarzyło, pewnie byś mi nie uwierzył. Dlatego, pozwól, że zacznę od początku.

Po drodze do Paryża, nasza grupa powiększyła się o jedną, za to, ehm, obszerną osobę. Niejaka Madame Ifigenia Budzienskaja, legitymująca się amerykańskim paszportem Rosjanka i dawna przyjaciółka Stanleya i reszty, postanowiła wspomóc nas w naszych poszukiwaniach.

Rozpoczęły się one, kiedy tylko rozgościliśmy się na dobre w hotelu. Gordon sugerował Imperial, do którego Makryat miał nam wysłać jakąś wiadomość, ale za radą Madame, po krótkiej debacie wybraliśmy Grand. O wiadomości w hotelu Imperial zapomnieliśmy zresztą zupełnie i nie wiem, czy przed wyjazdem uda nam się jeszcze ją odebrać.

Jak wspomniałem wcześniej, zaczęliśmy szukać śladów statuy, tego który ją sportretował, czyli Louisa Malone’a, oraz tego, który był ostatnim właścicielem całości, czyli hrabiego Fenalicha. Żmudne poszukiwania w antykwariatach, muzeach i na aukcjach nie przynosiły rezultatu, stosowne dokumenty dotyczące posiadłości i losów hrabiego spłonęły podczas rewolucji, krótka notka jaką znaleźliśmy w bibliotece nie zaspokoiła naszej ciekawości i dopiero, kiedy zaczęliśmy przez wynajętego heraldyka-specjalistę, badać drzewo genealogiczne niemieckiego szlachcica jakim był Fenalich, udało nam się ustalić adres jego posiadłości, oraz skrawek ponurej historii – po wspomnianych w zeszłym liście wydarzeniach, Fenalich trafił do zakładu dla obłąkanych Charenton niedługo później zaś, został stracony.

Muszę wspomnieć o wypadku, który zdarzył się, kiedy czekaliśmy na wynik pracy naszego heraldyka. Wieczorem, moi towarzysze postanowili troszeczkę się zabawić i wprowadzić w szampański nastrój. Kiedy wracali po hucznej kolacji w którymś z paryskich lokali, dobiegł ich krzyk kobiety. Rozochoceni alkoholem bez zastanowienia pobiegli na pomoc, ale znaleźli jedynie właz do kanałów, a koło niego kilka kropel świeżej krwi. Morderstwo? Dave był podobno tak przerażony, że nie był w stanie się ruszyć, wydawało mu się, że widział jak coś zamyka kratę. Nieustraszony (i pijany) Stanley zszedł na dół, właściwie, należałoby powiedzieć, poleciał na dół i znalazł się po pas w cuchnącym ścieku. Jakież było jego przerażenie, gdy ujrzał pływającego w kanale trupa młodej kobiety! Natychmiast wytrzeźwiawszy, zrezygnował z dalszej eksploracji podziemi i wszyscy wrócili do hotelu (ja nie brałem udziału w tej eskapadzie). Policję poinformowaliśmy anonimowo. Coś nas ostrzegało, że ta sprawa może być związana z naszymi poszukiwaniami.

Na drugi dzień, postanowiliśmy poprawić sobie humory wyjazdem za miasto. Nasz wybór padł na rezydencję hrabiego Fenalicha w Poissy, więc zapakowaliśmy rzeczy do wynajętego samochodu i ruszyliśmy w drogę, podziwiając prószący za oknami auta śnieg. Niestety, rychło przyszło nam go podziwiać nieco bardziej bezpośrednio. Pośrodku drogi, maszyna stanęła i jej ponowne uruchomienie zabrało mi dobre dwie godziny, zaś na pomoc, na słabo uczęszczanej drodze nie bardzo mieliśmy co liczyć. Jedynym śladem “żywej” (o ironio!) duszy był pędzący od Paryża z obłędną szybkością karawan, pod którego kołami omal nie zginął Dave.

Pod wieczór byliśmy już w Poissy. W przytulnym hotelu odespaliśmy niespodziewanie wyczerpującą podróż i rano wybraliśmy się na zwiedzanie miasteczka. Obeszliśmy dwa kościoły i budynek magistratu, w którym, od chciwego notariusza zdobyliśmy plany spalonego domu Fenalicha, wraz z zaznaczonymi zejściami do podziemnych piwnic. Dziś, jak nas poinformowano, w domku stojącym na tym miejscu mieszka lokalny lekarz.

Dave, jako jedyny z nas nie znający francuskiego, zainteresował się zbiegowiskiem na środku miasteczka. Powodem zbiegowiska, był… karawan! Ten sam, który przemknął koło nas ochlapując błotem! Już wcześniej, Madame próbował dowiedzieć się czegoś od miejscowych przedsiębiorców pogrzebowych, ale żaden z nich do posiadania samochodu się nie przyznał. Karawan najwyraźniej przybył z Paryża, był pusty, jeśli nie liczyć otwartej trumny i grudek ziemi, które czujnie wypatrzył Dave. Na posterunku policji spotkaliśmy się z kierowcą pojazdu – najwyraźniej obłąkanym dżentelmenem, który okazał się zbiegłym z Charenton schizofrenikiem i wciąż bełkotał o zabijaniu i o boleśnie go rażących promieniach słońca. Od policji dowiedzieliśmy się, że w Charenton grasował niedawno seryjny morderca, tak zwany “wampir z Charenton”, który brutalnie pozbawiał ofiary życia i (podobno) części krwi. Paryska policja była bezsilna, a nasi gospodarze zaczęli zastanawiać się, czy aby nie schwytali sławnego przestępcy. My, nie czekając aż ich procesy myślowe rozbujają się na dobre, poszliśmy odwiedzić doktora, mając po cichu nadzieję, że pozwoli nam on zajrzeć do podziemi hrabiego Fenalicha.

Doktor Christian Lorien okazał się sympatycznym młodym człowiekiem, obdarowanym przez los uroczą córeczką Sophie i przemiłą żoną imieniem Veronique. bez oporów zgodził się na nasze poszukiwania, nawet zaproponował swój udział. Postanowiliśmy nie tracić czasu i zabrać się do nich jeszcze tego wieczora.

Muszę przy tym wspomnieć, że cała nasza dyplomatyczna misja, omal nie została zrujnowana przez podejrzliwość naszych towarzyszy, którzy zauważając na rękach gospodarzy bandaże, uroili sobie, że mamy do czynienia z takimi samymi “składakami” jak w Londynie i wystraszyli mocno panią Lorien. Wiele musieli przejść podczas tych wydarzeń, które według ich słów miały miejsce w Monteralu i przejścia te nie pozostały bez śladu na ich zdrowiu psychicznym.

Ale wracając do celu naszej wizyty – po niezbyt długiej pracy dokopaliśmy się do śladów zejścia do piwnic. postanowiliśmy roboty na razie przerwać gdyż w domu gospodarzy zaczęło dziać się coś dziwnego…

Najpierw mała Sophie przyszła z płaczem, skarżąc się na to, że widziała za oknem potwora. Zbagatelizowaliśmy skargi dziecka, kładąc je na karb zbyt bujnej wyobraźni i wieczoru pełnego wrażeń, ale niedługo potem, znaleźliśmy naszego nieodłącznego towarzysza Terry’ego Gordona w pokoju na górze, stojącego przy otwartym oknie i wykazującego objawy amnezji. Nie wiedział co się z nim działo prze ostatnie kilka minut, pamiętał jakieś oczy, jakiś głos i nic więcej. W dodatku, doktor odkrył, że szyja Gordona jest umazana krwią! Czyżby… opowieści o wampirze z Charenton, pusta trumna, obłąkany sługa, świeża ziemia… Zbyt wiele czytaliśmy tanich powieści, aby ta układanka nie zaczęła nam się łączyć w całość sugerującą obecność sił nadprzyrodzonych. W tym przekonaniu utwierdzało nas także to, że pomimo jawnych śladów wtargnięcia kogoś obcego do domu, nie potrafiliśmy go odnaleźć, nie potrafiliśmy też określić jak dostał się na drugie piętro domu, nie pozostawiając odcisków stóp w nowym śniegu. I ten zapach rozkładającego się ciała, który poczuli Dave i doktor Christian… Zadzwoniliśmy po policję.

Funkcjonariusz starał się zrobić dobre wrażenie, był wyraźnie przejęty, ale niezbyt lotny. Po zbadaniu okolicy, znaleźliśmy miejsce, w którym domniemany wampir przedostał się przez mur posiadłości i wysunęliśmy przypuszczenie, że do domu mógł dostać się skacząc po koronach drzew. Terry źle się czuł, wypluł grudkę starej krwi więc, troszeczkę podstępnie podaliśmy mu środek na wymioty i przekonaliśmy się, że istotnie, ktoś musiał napoić go krwią! Nie ufając już dłużej naszemu towarzyszowi, spoiliśmy go i związali. Potem wraz z policjantami (przybyły posiłki, zwabione szansą schwytania słynnego “czubka-wampira”) kilkukrotnie przeczesaliśmy dom i okolicę. Po północy policja odjechała pozostawiając jednego tylko człowieka, namówiliśmy też państwa Lorien na spędzenie nocy w hotelu. Pozostaliśmy prawie sam na sam z wampirem.

Próbowaliśmy zastawić na niego pułapkę, ale nic z tego nie wyszło, niepotrzebnie się tylko narażałem na atak. Vincent zauważył jednak jakieś poruszenie przy odkopywanym przez nas wieczorem wejściu do podziemi. Strzelił w tamtą stronę z pistoletu, ale podejrzany kształt zniknął i już do rana się nie pojawił.

Opuścił nas ostatni policjant, pozostaliśmy sami. Czas do południa przeznaczyliśmy na regenerację sił, w czym nieco przeszkadzały nam szumne “działania operacyjne” lokalnych stróżów praw, którzy zjawili się po śniadaniu, wrócili też Lorienowie, choć tylko po to, by zabrać swoje rzeczy – wybierali się na wakacje do wuja. Około drugiej po południu, znów byliśmy sami i niezwłocznie zabraliśmy się za odkopywanie wejścia do piwnic, do których wyraźnie chciał się też dostać nasz wampir.

O tym, co zobaczyliśmy w środku, wolałbym nie mówić. Na własne oczy przekonaliśmy się, że Fenalich był naprawdę pozbawionym ludzkich uczuć degeneratem. Narzędzia tortur, szkielety… i w końcu, Ręka. Tak! Lewa ręka Simulacrum, ukryta głęboko w piwnicach, promieniująca za całą okolicę nieczystym wpływem, który powodował między innymi trudne gojenie się ran mieszkańców domostwa. Zabraliśmy ją i pozostawiając krótkie wyjaśnienia gospodarzom czym prędzej zabraliśmy się do Paryża.

O jednym muszę jeszcze wspomnieć – do Lorienów kilka miesięcy (rok?) wcześniej przyszedł list ze Szwajcarii od niejakiego Wellingtona, w którym to liście autor twierdził, że poszukuje Simulacrum Sedefkara i prosił o wszelkie wskazówki. Zabraliśmy list ze sobą – a nóż, kontakt z Wellingtonem okażę się owocny?

Na koniec jeszcze tylko dodam, że wielce podniosło mnie na duchu to, iż nie spotkaliśmy się z “wampirem”. Jeszcze tego brakowało, żebym zaczął wierzyć w istnienie sił nadprzyrodzonych. Ale powiadam ci, tam, w domu, w nocy, wierzyłem we wszystko.


Felix

Tomasz F. Misiorek

About Tomasz F Misiorek

www.spinqfotografia.pl www.tomaszwachla.pl
ZC Orient Express, Zew Cthulhu ,

Comments are closed.