Ballada o panu Le Petit, Rozdział XXV

Ballada o panu Le Petit, rycerzu niezłomnym, zwanym tak od swego niewielkiego wzrostu, który wielu przygód dokonał i chwałą się okrył, przez pana Christiana z Essex zgrabnie ułożona ku uciesze damom i nauce rycerzom.

Rozdział XXV
W którym jest mowa o tym jak pan Le Petit pokonał Króla Upiornego i włócznię piekielną na nim zdobywszy życie tym panu Ferranowi z Angleheart i wszystkim domownikom jego, w tym pięknej lady Tanree, ocalił.

Roku Pańskiego 539 postanowił pan Le Petit uroków życia wiejskiego zakosztować i jakiś prowincjonalny turniej osobą swą uświetnić. Pojechał tedy wraz z panem Patrickiem Wallace do pobliskiego hrabstwa, do manoru Anglheart, który był domem pana Ferrana, ojca lady Tanree, którą obaj rycerze znali i w towarzystwie której wielu dzielnych czynów dokonali. Zacny gospodarz co roku na wielki turniej wielu świetnych (czyt. „okolicznych” – przyp. red) rycerzy spraszał, a w tym roku turniej większy jeszcze i wspanialszy uczynić chciał, by uświetnić rozpoczęcie budowy nowego domu. Na drodze do Anglheart dołączył do panów Patricka i Le Petit młody rycerz imieniem Amlynn. Usłyszał on był o turnieju i postanowił także sił swoich spróbować, tedy w dalszą drogę ruszyli razem.

Przybywszy do Anglheart z radością powitani zostali przez pana Ferrana, jego żonę – panią Zo i córkę – pannę Tanree, którym to spotkaniem panowie Patrick i Le Petit szczerze się uradowali. Wielu rycerzy (1) na turniej zjechało, a pospólstwa zbiegło się takie mrowie, że chyba wszystkie wsie okoliczne całkiem opustoszały. Pan Le Petit swą sławą zaraz zazdrość wzbudził w panu George’u z Herdfordu, który był sąsiadem pana Ferrana i o względy panny Tanree zabiegał, tedy umyślili obaj rycerze w pierwszej parze turniejowej stanąć i tak rzecz całą rozstrzygnąć.

Zanim jednak do kopii przyszło pan Ferran, aby gości rozweselić i o turnieju przyczynie im przypomnieć ogłosił, że oto dwie grupy chłopstwa z dwóch wsi staną w szranki, kto pierwszy odwali wielką kupę kamieni, co po prastarej rzymskiej budowli została. Rzuciły się zaraz chamy na kamienie i dalejże odwalać, a motykami po łydkach i rękach wzajem się kąsać, coby tym sposobem zwycięstwo i zwolnienie z rocznego podatku swojej wsi zapewnić. Że jednak kupa wielka była, a walczącym sił ubywało, tedy rychło widowisko się skończyło i jeno posapywanie a postękiwanie pracujących chłopów się rozlegało. Zaczęło się tedy zebrane rycerstwo nudzić, ten i ów w dyskursy się wdawał i mało kto już na zmagania chamstwa zważał, gdy niespodzianie z rozebranej już częściowo kupy dym smrodlawy się dobył, chmura pyłu czarnego za nim się ukazała, poczym nagle wierzchołek rozleciał się we wszystkie strony i z dziury, co się ukazała wypełzł gad straszliwy, cały łuską okryty, a ogniem z pyska zionący !

Zamieszanie się wielkie uczyniło, damy mdleć poczęły, rycerze rzucili się damy mdlejące podtrzymywać, chłopstwo zaś nogi za pas wzięło, choć nie wszystkie, jedną bowiem smok zdążył oderwać i pożreć. Pan George z Herdford natarł na gada konno, ale że nie pomyślał wprzódy jak na stromą górę kamieni wjedzie tedy się na nic jego śmiałość zdała i szybko na ziemi się znalazł, szkody żadnej smokowi nie uczyniwszy. Pan Patrick znowu na poczwarę natarł, ale chybił i dopiero pan Le Petit potężnym ciosem (2) całkiem ją ogłuszył, co ujrzawszy młody pan Amlynn śmiało mieczem uderzył i pierwszą krew utoczył. Teraz już więcej rycerzy na smoka uderzyło i jęli razy zadawać, nie bacząc na smoczy ogon, kły i pazury. W końcu gad widząc, że dzielność rycerstwa przewyższa dalece jego moc, rozwinął wielkie błoniaste skrzydła i wzbił się w powietrze, kierując się na bagna.

Wszyscy co przed gadem umknęli wracać poczęli, rannych opatrzono, a pan Le Petit śmiało wyruszył zbadać smocze leże, nic w nim jednak nie znalazł i do reszty powrócił (3). Pan Ferran ogłosił że turniej odbędzie się mimo niespodzianych wydarzeń, a na pamiątkę zwać się będzie odtąd Smoczym Turniejem, nagrodą zaś będzie dodatkowo hełm w kształt smoczego łba wykuty. Stanęli tedy rycerze ochoczo w szranki i zwyciężył pan Amlynn – ten sam, który pierwszy krew smoczą utoczył.

Po skończonym turnieju panowie Patrick, Le Petit i Amlynn postanowili wyruszyć w pościg za smokiem. Ale choć wytrwale trzymali straż w leżących najbliżej bagien Ostrokołach, smok się nie pokazał aż do zimy i w końcu rycerze musieli poniechać go i na zimowanie się udać.


Nie koniec to jednak tej przygody. Następnego roku po Wielkanocy znów wyruszyli trzej rycerze razem do manoru pana Ferrana, by w Smoczym Turnieju wziąć udział. Zdumieli się jednak wielce, gdy przybywszy na miejsce, miast rosnących szybko ścian nowego domu ujrzeli ledwo rozgrzebane fundamenty. Nigdzie nie widzieli też tłumów rycerzy i chłopów ciągnących na turniej, a nad drzwiami kaplicy przydomowej zawieszoną ujrzeli tarczę pana George’a z Herdfordu, czarną szarfą przepasaną. Zamiast też radosnego powitania zastali jeno panią Zo, zasmuconą nad miarę, tak że pytać nie śmieli co jest owego frasunku powodem, czekając aż się gospodyni sama zwierzy. Gospodarz zaś, pan Ferran, roku zeszłego sił i mocy pełen, teraz leżał w łożu, postarzały jakby o 15 lat. Wszystko to najbardziej zasmuciło pannę Tanree, która w towarzystwie rycerzy do ojcowskiego domu zjechała, całą zimę bawiła bowiem na dworze, gdzie żadna ze złych nowin jej nie dosięgła.

Przy wieczerzy gospodyni nie odzywała się wcale i dopiero kiedy słońce zaszło wyszła na jaw złowroga przyczyna całego smutku, który się w domu pana Ferrana zagnieździł. Oto bowiem gospodarz z łoża się podniósł i żonę wezwał, aby mu pancerz przywdziać pomogła. Potem, choć ledwo nogami powłóczył z domu wyszedł i ku zaczątkom nowego domostwa poszedł. A tam fundamenty kamienne gorzały teraz zimnym blaskiem, jakby spod ziemi się dobywającym, kiedy zaś gospodarz wszedł w obręb murów ukazała się nagle wszystkim zjawa straszliwa, takim samym blaskiem opromieniona. Postać miała rycerza z dawnych czasów, z krótkim mieczem w dłoni, w pancerzu i z tarczą wielką. Natarła zaraz na pana Ferrana, który choć dzielnie stawał, nie mógł orężem swym żadnej jej szkody uczynić, tedy padł wkrótce na ziemię, bardziej jeszcze niż wprzódy postarzały i wyczerpany. Na to zjawa ustąpiła i na powrót między kamieniami się zapadła, zaś pani Zo a wraz z nią wszyscy rzucili się pana Ferrana podnieść i do domu zanieść. Teraz dopiero, gdy męża z pomocą rycerzy w łożu na powrót złożyła, opowiedziała pani Zo gościom wszystko co wiedziała.

Zaczęło się wszystko trzy miesiące wstecz. Robota przy murowaniu nowego domu szła szybko, jako że stawiano ściany na starych, po-rzymskich fundamentach, ale robotnicy szemrać zaczęli, że na budowie straszy, a pewnej nocy jeden z murarzy co pracą kierował zaginął nagle bez wieści. Wtedy pan Ferran poszedł na to miejsce i wyzwał złego ducha do walki. I duch się pojawił, powalił rycerza, a kiedy ten wrócił do domu wyglądał jakby się postarzał o kilka lat. Od tego dnia jakaś siła diabelska co noc kazała mu wychodził do walki z upiornym rycerzem i co noc wracał z tej walki bardziej postarzały i słabszy. Pani Zo próbowała ratować męża, pewnej nocy spiła go więc usypiającymi ziółkami i przywiązała do łoża, by do walki nie stanął. I rzeczywiście tej nocy straszny los ominął pana Ferrana, ale rankiem się okazało że ceną za to było gorsze jeszcze nieszczęście – oto bowiem pan George z Herdford, który w gościnie bawił znaleziony został w swoim łożu z gardłem przebitym szerokim ostrzem widmowego miecza. Odtąd nie próbowała już pani Zo walce męża z upiorem zapobiegać, jeno z trwogą myślała na ile jeszcze starczy mu sił by się piekielnej mocy opierać.

Gdy tą opowieść usłyszeli panowie Patrick, Le Petit i Amlynn zaraz przysięgli ratować pana Ferrana i prosili panią Zo by ich mieczami rozporządzała. Panna Tanree mimo swej kondycji niewieściej postanowiła im towarzyszyć we wszystkim co przedsięwezmą. Na to pani Zo poprosiła ich by udali się na wzgórza Gog-Magog, gdzie żyje złowrogi staruch, zwany Starych Chudzielcem, który zna odpowiedzi na wiele pytań i by onego starucha poprosili o radę co czynić. Ostrzegła ich jednak, by uważali co mu ofiarowują, bowiem wszystko o co poprosi okazuje się w końcu być czymś zupełnie innym, czego nikt nie chciałby z własnej woli oddać. Napomknęła przy tym że ona sama była kiedyś u Chudzielca i że do dziś żałuje tego co wtedy uczyniła, choć wprzódy zdało się jej niewinnym i niegroźnym. Nie chciała jednak wyjawić więcej, tedy w końcu wszyscy udali się na spoczynek, aby się przed czekającą ich drogą dobrze wyspać.

Następnego dnia rano, zanim jeszcze wyruszyli na wzgórza Gog-Magog, poprosił pan Le Petit panią Zo aby mu w sekrecie wyjawiła jaką to sprawę miała do Starego Chudzielca i dlaczego czynu swego żałuje. Znając jego niezłomny honor i prawość zwierzyła mu się pani Zo chętnie, ale co mu powiedziała nikt się nigdy nie dowiedział, bowiem pan Le Petit milczał o tym jak grób. Panna Tanree zaś, która wraz z rycerzami na wzgórza złowieszcze się wybierała uprosiła matkę, by wraz ze wszystkimi domownikami we dworze nieszczęsnego pana George’a się zamknęła, aż póki oni z wyprawy nie wrócą. Zgodziła się pani Zo, tedy nie zwlekając dłużej wyruszyli trzej rycerze z giermkami i towarzyszącą im panną Tanree w drogę. Jechali trzy dni aż w końcu dojechali do wzgórz Gog-Magog, tu zaś natknęli się na kamienny kopiec, z którego czubka sączył się dym, jakby z paleniska. Istotnie, gdy się zbliżyli, ujrzeli że kopiec ten to ruiny starej wieży, w której środku porozpinano skóry zwierzęce na kształt dachów, na ścianach porozwieszano pęki ziół, a wszędzie walały się gliniane garnki, ogryzione kości i wiele innych rzeczy, których prawdziwej natury rycerze nie doszli. Na dnie wieży paliło się małe ognisko, a przy nim siedział stary zgarbiony i wysuszony człowiek, albo coś bardzo do człowieka podobne. Stary Chudzielec, on to był bowiem, wejrzał w górę na rycerzy i pannę Tanree i wzywając każdego po imieniu zaprosił do środka.

Posadziwszy ich gdzie popadło i podawszy strawy jakowejś, albo czegoś do strawy podobnego, zaczął wypytywać z czym przychodzą, choć o wszystkim dobrze wiedział, co też w końcu sam zdradził. Pozierał przy tym obleśnie na pannę Tanree, tak że gdyby nie to, że o głowę pana Ferrana szło i jego domowników, niechybnie by mu pan Le Petit łeb z karku strącił. Zapytał w końcu Chudzielec o dary które mu w zamian za radę przynieśli, na co mu pan Patrick kolię z pereł piękną pokazał, co ją im pani Zo dała, ale staruch jeno pomruczał i pooblizywał się szpetnie i w kurz ją rzucił. Na to wyciągnął pan Patrick niechętnie relikwię z kości świętego Prokopa, co ją także od pani Zo otrzymał, a tę już Chudzielec wziął i jął w moździerzu ubijać i ścierać na proch. Po tym powiedział im co mają czynić, aby upiora co pana Ferrana gnębił pokonać: „Spytajcie Strażnika Kluczy w Wonderberry, co się teraz zwie Cambridge, niech wam opowie Starą Opowieść, a przy jej końcu dostaniecie Dar, którego nie chcieliście i który żadnemu synowi Adama szczęścia nie przyniesie. Dajcie go temu który ma kłopoty, niechaj swoje sprawy sam załatwi”.

Jako że nic więcej rycerze nie mieli coby staruchowi mogli ofiarować, a i też dlatego że dość już mieli jego towarzystwa, opuścili wzgórza Gog-Magog i ruszyli dalej do Cambridge. Droga nie była daleka i jeszcze wczesnym popołudniem stanęli na rogatkach miasta. Tu ich przywitał pan Jille, szeryf Cambridge, który każdego rycerza, który by do miasta chciał wjechać na walkę „pour amour” pozywał. Stanęli więc wszyscy rycerze do walki i różnie im się wiodło, a panu Amlynnowi najgorzej, jako że ułomek kopii pana Jille’a przebił mu bok i ciężko poranił. Zafrasowany gospodarz wielce nad tym nieszczęśliwym wypadkiem bolał i ofiarował rannemu pięknego andaluza, jako zadośćuczynienie za doznane krzywdy. W końcu jednak wyjawili rycerze powód jaki kazał im do Cambridge przyjechać, kazał więc szeryf posłać po swego szambelana, jedynego strażnika kluczy, jaki w mieście był.

Najpierw nie wiedział szambelan o co panu Le Petit i kompanii chodzi, ale gdy usłyszał powtórzone słowa Starego Chudzielca twarz mu spochmurniała, zasępił się i taką oto opowieść rycerzom rzekł: „Było kiedyś dwóch wielkich pogańskich królów, co nienawidzili się jak ogień i lód i wieczne wojny ze sobą toczyli. Nigdy jednak żadnemu nie udało się drugiego pokonać i w końcu obaj pomarli nie starłszy się ze znienawidzonym wrogiem. Nie zasnęli jednak spokojnie na wieki, ich nienawiść silniejsza była niźli śmierć sama i do dziś trwa, a oni dzięki niej. Niedaleko Cambridge w noc nowiu otwiera się wejście do podziemnej czeluści, gdzie rycerz nieustraszony wjechać może konno i włócznię w ręku mając, wezwanie Upiornemu Królowi rzucić i do walki go wyzwać. Kiedy tedy rycerz taki w czeluść wjechawszy wypowie słowa: „Twarzą w twarz – stań i walcz !”, wyjedzie naprzeciw niemu ów Upiór i walczyć będą na śmierć. Wielu już próbowało, ale żaden z tych co wyzwanie rzuciło między żywych nie powróciło”. Pan Jille przyznał się, że sam miał ochotę spróbować Upiora pokonać, ale mu ona ochota odeszła gdy przed wejściem w czeluść się znalazł, tak że zaraz sobie o swych obowiązkach szeryfa przypomniał i do Cambridge zawrócił.

Ale pan Le Petit i jego towarzysze wiedzieli, że jeśli chcą przyrzeczenia dotrzymać i pana Ferrana ocalić, muszą strasznego Upiornego Króla pokonać. A że akurat nadciągała noc nowiu, kazali zaraz giermkom konie siodłać i do wyruszenia jęli się sposobić. Pan Jille zaoferował się drogę im wskazać i tak razem w piątkę, nie licząc giermków w noc wyjechali. Nie za długo trwała podróż i kiedy księżyc wąskim czerwonym sierpem nisko nad ziemią wisiał nadjechali na miejsce, gdzie na ich oczach otwarła się ciemna otchłań, z której woń siarki dochodziła.

Pan Patrick, jako rycerz Arturowy, dzierżący Świętą Lancę, zbrojny w czystość i honor pierwszy ku wejściu konia skierował. Nie było go pół pacierza, gdy na powrót oczom czekających się ukazał. Okazało się jednak, że jeszcze do walki nie stanął… zapomniał bowiem hasła, które moc wyzwania Upiora miało. Dopiero pan Jille mu je przypomniał, wtedy na powrót ku czeluści się skierował, odmówiwszy panu Le Petit okazji do walki. Tym razem jednak minął jeden pacierz, potem drugi, trzeci i następne, a wejście do podziemnej otchłani pozostało ciemne i puste. Za długo trwała już ta walka, ale przecie nie zamierała nadzieja w sercach rycerzy i panny Tanree, był wszak pan Patrick rycerzem niemal bez skazy, wstrzemięźliwym, pobożnym i pełnym cnót wszelakich, władał prócz tego Świętą Lancą, która jemu jednemu krzywdy czynić nie chciała ze względu na jego prawość. Jeśli był ktoś, kto Upiornego Króla miał pokonać, to był to właśnie pan Patrick Wallace.

Gdy tak jednak rozmyślali i pokrzepiali się wzajem dobrym słowem z ciemnej czeluści ukazał się koń rycerza z pustym siodłem… Zgroza ogarnęła czekających, stało się bowiem jasnym, że Upiór zmógł najczystszego i najbardziej pobożnego z nich. Ale nie stracili ducha, jeno bardziej się zacięli w swym postanowieniu, wspomnieli na przyrzeczenie złożone pani Zo i spojrzeli na piękną młodą Tanree, której los być może leżał w ich rękach. Teraz nadeszła kolej pana Le Petit, a choć pan Amlynn wielkodusznie ofiarowywał mu swego nowo otrzymanego andaluza, wolał jednak rycerz ku niebezpieczeństwu na własnym i wypróbowanym koniu wyruszyć. Zacisnął tedy rękę mocniej na włóczni, poprawił się w siodle i polecając się modlitwie swych towarzyszy wjechał w ciemność, ta zaś zamknęła się za nim.
Znalazł się pan Le Petit w ciemnej i dusznej jaskini, a postępując w jej głąb ujrzał ciało pana Patricka, leżące na ziemi z wielką dziurą w piersi i oczyma nieruchomo w dal wpatrzonymi, pełnymi bólu, ale i spokoju i świętości. Tak też ostatnia nadzieja na ocalenie przyjaciela zgasła, ale nie zgasła przecie nadzieja na pokonanie jego zabójcy. Stanął więc pan Le Petit w strzemionach i głosem gromkim wykrzyknął wyzwanie. Zaraz też z ciemnej głębiny wynurzył się rycerz w czerń przybrany, na wielkim czarnym rumaku parskającym ogniem, z grubą jak pień drzewa włócznią w dłoni.

Natarli na siebie bez krzyku, jeno parskanie koni i huk kopyt na kamiennym dnie jaskini się rozlegał, odbity przez kamienne ściany. Zwarli się i włócznia pana Le Petit gruchnęła o zbroję Upiora. Zawył przeklęty król, ale nie zwalił się z konia, zawrócił i natarł powtórnie. Teraz jednak otucha wstąpiła w serce małego rycerza, dobył więc z piersi okrzyku bojowego i ze zdwojoną siła uderzył na wroga. Starli się i tym razem czarny rycerz zwalił się z konia na ziemię. Zamarło wszystko na chwilę, pan Le Petit wejrzał przelotnie na czarnego konia Upiora, ale nagle wrzask bojowy zjawy przerwał ciszę i ciężka kopia przeszyła powietrze, ciśnięta z wielką siłą. Bogu dzięki, zdążył rycerz tarczą się zasłonić, tak że jeno ręka mu od ciosu zdrętwiała, bo inaczej niechybnie by go grot piekielny przebił. Ale nie było czasu rozmyślać, bo oto Upiorny Król pieszo natarł z wyciągniętym mieczem na pana Le Petit, ten więc zeskoczył z konia, by honorowo z przeciwnikiem jak równy z równym się potykać. Zwarli się znów i jęli ciosy wymieniać, raz po raz ostrza o tarcze uderzały, nie raz też kolczugi cięły i to krwi to ognia piekielnego upuszczały. Wreszcie jednak, gdy dłoń rycerza słabnąć już poczęła, zamierzył się Upiór do ciosu straszliwego, ale pan Le Petit dzięki swemu niewielkiemu rozmiarowi pod ostrzem zanurkował i z rozmachem dźgnął w samą pachę, całe ostrze w pustkę pod zbroją będącą wrażając ! Ryk straszny, a bolesny się rozległ, po czym w jednej chwili i Król Upiorny i rumak jego zniknęli, pana Le Petit samego w pustej jaskini ostawiając z piekielną lancą leżącą opodal, dymiącą jeszcze lekko.

Wyszedł rycerz na osłabłych nogach, czoło z potu ocierając, pod pachą dźwigając zdobytą broń Upiora, która owym Darem niechcianym, o którym Chudzielec mówił, z pewnością była. Zastał towarzyszy wraz z ciałem pana Patricka, które pan Amlynn tymczasem był wyciągnął i zmęczony, acz zwycięski na kamieniu przysiadł by nieco odpocząć.
Nie było jednak czasu do stracenia, tedy ciało pana Patricka panu Jille powierzywszy, który obiecał po chrześcijańsku je pochować ze wszystkimi honorami należnymi tak znamienitemu rycerzowi, dosiedli pan Le Petit, pan Amlynn i panna Tanree koni i na powrót ku wzgórzom Gog-Magog się skierowali, by czym prędzej do manoru pana Ferrana się dostać. Jechali najszybciej jak mogli i po trzech dniach w Herdford, gdzie tymczasem pani Zo wraz ze wszystkimi domownikami męża swego pielęgnowała, stanęli. Pan Ferran, który przez cały ten czas we więzach przez żonę swą był trzymany żył jeszcze, ale tak słaby był, że ledwo na nogach ustać mógł, tedy się pan Le Petit ofiarował za niego walkę z drugim Upiorem stoczyć. Odwiedli go jednak od tego pan Amlynn, panna Tanree i pani Zo, twierdząc pewnie nie bez racji, że jeno walka i zwycięstwo mogą panu Ferranowi życie i utracone lata przywrócić. Stanęło tedy na tym, że nie czekając na nic wszyscy do Anglheart się udadzą i tam pan domu z Upiorem włócznią przez pana Le Petit zdobytą walkę stoczy.
Tak się też i stało. Pan Ferran, kiedy tylko na miejscu się znaleźli i włócznię mu w rękę włożono powstał i głosem obcym, w niezrozumiałym języku wyzwanie jakieś ku świecącym upiornym blaskiem fundamentom rzucił. Zaraz też wyszedł drugi Upiorny Król, a mróz od niego szedł wielki i tak zwarli się, jeden mieczem zimnym, drugi włócznią gorejącą władający. Tym razem każdy cios włóczni krzyk z gardła Upiora dobywał i nie minęło wiele czasu, jak pan Ferran ciągle w obcym języku coś wykrzykując, na włócznię przeciwnika swego nanizawszy w górę o uniósł i tak trzymał aż w końcu Upiór wraz z włócznią w dym się rozwiał. Zaraz też poświata nieziemska znikła, a pan Ferran upadł, ale kiedy dobiegli do niego na wyścigi rycerze, pani Zo i panna Tanree ukazało się oblicze jego na powrót odmłodniałe i czerstwe, pierś też szeroka unosiła się oddechem spokojnym, bo rycerz spał snem głębokim jakiego od miesięcy nie zaznał.

Wyprawiono zaraz ucztę, ozdrowiały pan Ferran ku radości wszystkich ze snu się przebudził po dawnemu siłą i zdrowiem tryskając, zaraz też kazał murarzy wzywać, aby dom nowy teraz już bez przeszkód stawiali i weselili się wszyscy długo. Tak też na zabawach i ucztach czas rycerzom minął aż do zimy.

(1) Oprócz gospodarza i jego sąsiada, pana George’a z Herdford było ich tuzin.

(2) Świadkowie twierdzą że cios pana Le Petit wymierzony został garncem wina i z bezpiecznej odległości.

(3) Smocze leże było wielkości co najwyżej samego gada, który musiał w nim spoczywać nieruchomo, zapewne śpiąc.

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Pendragon, Pendragon - Kampania druga ,

Comments are closed.