Ballada o panu Le Petit, Rozdział XXIV

Ballada o panu Le Petit, rycerzu niezłomnym, zwanym tak od swego niewielkiego wzrostu, który wielu przygód dokonał i chwałą się okrył, przez pana Christiana z Essex zgrabnie ułożona ku uciesze damom i nauce rycerzom.

Rozdział XXIV
W którym jest mowa o tym jak pan Le Petit ocalił pewną damę, wszystkie dziewki z jej majątku, jej wszystkich poddanych, okolicznych chłopów, wszystkich przejeżdżających w okolicach jej majątku rannych i słabowitych rycerzy, pana Hey Nony, pana Geralda, panów Briona i Patricka, panią Tanree, ich wszystkich giermków, konie i dobytek z rąk niegodziwego czarnego rycerza.

Komentarze ujęte w cudzysłów to wtrącenia pana Didiera, starszego brata pana Christiana… zazdrośnika i podłego kłamcy (:))…

Roku Pańskiego 538 podróżował pan Le Petit wraz z panem Patrickiem Wallacem przez hrabstwo Lonazepu, aby jak to miał w zwyczaju zaznać rycerskich przygód i dokonać nowych chwalebnych czynów. Po drodze napotkali pana Briona O’Rannon, który wydobrzały już na dobre po tym, jak podczas wyprawy do Ganisu ciężko był zaniemógł, z chęcią się do nich przyłączył. Razem we trójkę wjechali tedy między bagna Fens, zmierzając do Petersborough, kiedy na drodze napotkali dwóch Rycerzy Okrągłego Stołu, panów Dinadana i Sibiliasa.

Wielce się pan Le Petit i towarzyszący mu rycerze zdziwili, gdy wraz z nimi ujrzeli młodziutką panią Tanree, którą już wcześniej pan Le Petit i pan Patrick w czas turnieju londyńskiego byli poznali. Okazało się rychło że młoda ta dama uciekła swemu wujowi, który się był zatrzymał w Petersborough, a teraz pod eskortą panów Dinadana i Sibiliasa doń wracała. Niezbyt miłą im się ta misja zdała, bowiem powinność rycerska w inną ich stronę ciągnęła, a i pani Tanree okrutnie się im we znaki dawała swoim ciętym języczkiem. Uradowali się tedy wielce, gdy się okazało że ich od niej pan Le Petit i kompania wybawić mogą.

Zanim się jednak pożegnali i rozjechali, każdy w swoją stronę, poprosili obaj Rycerze Okrągłego Stołu pana Le Petit, aby im zaśpiewał jedną ze swych niezrównanych ballad, które znano i ceniono w samym Camelot. Rycerz z chęcią prośbie ich zadość uczynił i pięknie balladę wyśpiewał, wielką tym radość wszystkim sprawiając. („Jak go znam pewnie o nim samym ta ballada była…”) Potem panowie Dinadan i Sibilias w swoją drogę ruszyli, zaś reszta towarzystwa, nacieszywszy się z niespodziewanego spotkania ruszyła w kierunku Petersborough.

Ujechali już spory kawałek, gdy na małej polance przy drodze dwóch gotujących się do pojedynku rycerzy ujrzeli. Jeden z nich potężnej postury, cały na czarno odziany, w czarny pancerz płytowy zakuty i na czarnym jak sadze koniu siedzący zdał się wszystkim posępny jak śmierć sama. I zaiste – śmierć pewną drugiemu rycerzowi zwiastował, który choć widać znaczny był, tak jednak srodze poraniony, że na konia z pomocą giermka ledwo się mógł wgramolić. Gdy ujrzał pan Brion poranionego rycerza, zaraz z okrzykiem ku niemu ruszył, poznał w nim bowiem pana Foravala of Wellham, z którym swego czasu był podróżował i na turnieju w Tintagiel razem na lutni przygrywał. Pan Foraval słowa całego z gardła dobyć nie mógł, wielce był bowiem osłabły, ale giermek jego wyjaśnił, że się rycerz w ciężkiej walce z kuzynem swym starł i do domu właśnie był zdążał, gdy go nieznajomy czarny rycerz zdybał i na pojedynek śmiertelny wyzwał. Zaraz też pan Le Petit ku czarnemu rycerzowi się zwrócił, aby się dowiedzieć czemuż to rycerza ciężko rannego na walkę pozywa, bo uwierzyć nie mógł że rycerz zacny może drugiego dla mamony zabić. Tak mu się to zdało niegodziwym. („Uwierzyć nie mógł że nie on sam na to wpadł…”)

Gdy się tedy jasnym stało, że nieznajomy rycerz wyzwał pana Foravala, aby osłabłego łatwo zabić i dobro jego zagarnąć, wielkim oburzeniem wszyscy trzej rycerze zapłonęli. Każdy na wyścigi chciał zamiast pana Foravala stawać i jęli wyzywać niegodziwego rycerza, aby z nimi wpierw walczył. („Nietrudno mi zgadnąć kto w onym ‚wyścigu’ jako ostatni na swych krótkich nóżkach do mety przybiegł…”)

Gdy to usłyszał czarny rycerz roześmiał się okrutnie i zapytał dzielnych rycerzy czy wiedzą z kim mają do czynienia. A że nie wiedzieli, tedy im rzekł głosem posępnym, jakby nagrobek wykuwał: ‚Jam jest Drumagus’. Poznali tedy pan Le Petit, Brion i Patrick że straszny rycerz na drodze im stanął, bo ów Drumagus znany był z wielkiej siły, zręczności i okrucieństwa. Po gościńcach jeździł, rycerzy na walkę śmiertelną wyzywał, aby ich dobytek zagarnąć i z tego żył. Rzadko pardonu dawał i wielu dobrych rycerzy zginęło już z jego ręki, wiadomo też było że napadał był i zwyciężał nawet Rycerzy Okrągłego Stołu.
„Szkoda że się pan Le Petit owemu Drumagusowi nie przedstawił, wszak ginęli z jego ręki i olbrzymi i czarnoksiężnicy i nawet smoki… ani chybi czarny rycerz umknąłby gdzie raki zimują…”

Nie ulękli się jednak tego strasznego przeciwnika dzielni wojacy i przy pojedynku obstawali, na który też się pan Drumagus chętnie zgodził. Do walki jednak nie doszło, bowiem okazało się, iż czarny rycerz przyrzeczenie złożył był panu Lancelotowi, że z żadnym rycerzem arturowym walki nie stoczy, póki go trzy razy z rzędu nie spotka, albo póki rok i jeden dzień nie minie. Zatem, jako że pan Patrick do Bractwa Rycerzy Artura właśnie należał, musiał pan Drumagus od walki odstąpić i pana Foravala poniechać. („Coś mi się zdaje że i pan Le Petit takich przyrzeczeń parę złoży, aby się od walki z co poniektórymi rycerzami wywinąć…”)

Ocaliwszy zatem pana Foravala postanowili rycerze za zgodą pani Tanree, którą wszak obowiązali się do Petersborough dowieźć, że rannego do najbliższego domostwa odprowadzą, aby go jeszcze jaka zła przygoda nie spotkała. Pojechali tedy dalej drogą i niezadługo natknęli się na następną przygodę. Oto przy drodze na pieńku stał chłopina z pętlą na szyi, do powieszenia przygotowany, a obok trzej rycerze marnej widać kondycji piekli na ognisku mięsiwo i grali w karty. Gdy ujrzeli panowie Le Petit, Brion i Patrick, że tamci trzej ani chybi samosądu chcą się dopuścić, ruszyli ku nim, a najsampierw pan Patrick („czyżby nie pan Le Petit ? nie wierzę…”), który jako rycerz arturowy prawa i sprawiedliwości na gościńcach strzec ślubował.

Rychło się jednak okazało, że rycerze, którzy przy ognisku siedzieli ani myśleli chłopa wieszać, a jeno wystawili go na przynętę, na którą się rycerze prawi i sprawiedliwi łapać mieli. Chodziło bowiem o rzecz następującą: niedaleko było zaczarowane źródełko, a nad nim stał dąb zaklęty i kiedy tylko liść z owego dębu do źródełka wpadał, zaraz się w złoto zamieniał. Jednak dostępu do zaczarowanego miejsca bronił strażnik, który świętą włócznią władał i jeno rycerz prawy, sprawiedliwy, czysty i miłosierny w walce mu sprostać mógł. („Nooo nareszcie sprawa godna przeczystego i przesprawiedliwego pana Le Petit…”)

Trzej rycerze, a zwali się  Eudaf, Drus i Berthold w wielkiej byli potrzebie, bo na parol zostali puszczeni, a pieniędzy na wykup nie mieli. Tedy posłyszawszy o cudownym jeziorku, a nie mogąc strażnikowi sprostać, postanowili rycerza godnego znaleźć i pomoc u niego wyprosić. Umyślili też sobie całkiem dobrze, że najprędzej takiego znajdą, kiedy się wydają być gwałt czyniącymi okrutnikami.

Pan Le Petit posłyszawszy to chciał owym rycerzom pomóc („a i dla siebie pewnie nieco złota uszczknąć…”), ale go ubiegł pan Patrick, który obiecał walkę ze strażnikiem stoczyć i złoto na wykup wynieść.
Pojechali tedy wszyscy razem, bo nawet ranny pan Foraval opuścić przygody nie chciał. Za niedługo ujrzeli dąb rozłożysty murem otoczony, w którym mała jeno furtka była, nieopodal zaś namiot rycerski, po którym znać było że długo już stał na tym miejscu. Zaraz też z namiotu rycerz wyszedł, na którym giermek zbroję dopinał, tak że się jasnym stało, że ów strażnik to nie żaden duch, ani rycerz zaczarowany, jak to się niegdyś zdarzyło panu Le Petit na wyspie Re, ale człek z krwi i kości. Zanim tedy do walki doszło, pan Le Petit zagadał do niego pięknie i dwornie, bo ciekawym był wielce jego historii, aby ją w balladzie opisać („a przy okazji może jakie słabe jego strony poznać…”).

Otóż rycerz ten nie urodził się wcale strażnikiem zaczarowanego ogrodu, ale pędził zwykły rycerski żywot, do czasu aż razu pewnego zyskał przysługę od czarownika z Petersborough, Agnara. Tenże czarownik w zamian za swoje usługi kazał mu ów zwykły żywot porzucić i w drogę daleką wyruszyć, na końcu której czekała włócznia zaklęta, o którą musiał zacny rycerz walkę śmiertelną ze strzegącym jej ogrem stoczyć. Kiedy wreszcie włócznię zaklętą zdobył i do czarownika powrócił nie był to wcale koniec długu spłacania. Teraz bowiem kazał mu Agnar po świecie z włócznią podróżować i popędy swe tak długo hamować, aż ostrze zaklęte słuchać go zacznie. Wyruszył tedy dzielny rycerz i tak długo nie wracał, aż nareszcie włócznia posłuszną mu się stała. Ale i to nie koniec był jego służby u czarownika. Teraz bowiem dopiero okazało się że wszystko co czynił było po to, żeby mógł na koniec, przybrawszy imię Geralda, strażnikiem zaczarowanego źródełka zostać. Odtąd każdy kto chciał do zagrodzonego murem ogrodu wejść, musiał wpierw z nim walkę stoczyć i jeśli ją przegrał odjechać musiał i nie wracać, póki rok i jeden dzień nie minie. I tak stawać musiał pan Gerald każdemu, kto złota zaklętego pragnął, a trwać miała ta służba, aż który z rycerzy do źródełka przybywszy nie zechce o złoto, lecz o ową włócznię zaklętą walczyć i tym sposobem z przysięgi go zwolnić.

Gdy rycerze usłyszeli historię pana Geralda, panowie Le Petit i Brion zapragnęli od przysięgi go uwolnić, żeby jednak tego dokonać musieli pierwej go w walce pokonać. Najpierw jednak w szranki stanął pan Patrick, który choć także o włócznię zaklętą bić się pragnął, musiał się jednak naprzód z przysięgi wywiązać, którą panom Eudafowi, Drusowi i Bertholdowi dał i o złoto na ich wykup walczyć. Starli się tedy rycerze i najpierw dwa razy z rzędu pan Patrick pana Geralda z siodła wysadził, wielkiej mu jednak szkody nie czyniąc. Za trzecim jednak razem zaklęta włócznia strażnika pierwsza celu sięgnęła i tu dziw wielki się stał, gdyż ostrze jej niechybne gładko się po zbroi pana Patricka ześlizgnęło, nie drasnąwszy go nawet. Gdy to ujrzał pan Gerald od walki odstąpił i drogi do źródełka panu Patrickowi nie bronił, bo się jasnym stało, że ów prawdziwie jest rycerzem bez skazy żadnej i tedy godzien jest złota zaczerpnąć. Wszedł tedy rycerz do zaklętego ogrodu a furtka zamknęła się za nim i nie wiedział nikt co się z nim działo, aż póki nie wyszedł.

Kiedy pana Patricka nie było, do walki ze strażnikiem stanęli jak obiecali pan Brion, a po nim pan Le Petit. Ale choć cudów zręczności i biegłości dokazywali, obydwu sięgnęło zaklęte ostrze, które znać nie chciało w inne ręce pójść. („musiała święta włócznia pana Le Petit nie poznać, inaczej ani chybi sama by swego pana przebodła, byle tylko w tak osławione ręce pójść…”) Tedy mimo wielkiej dzielności i wytrwałości musieli obaj dalszej walki poniechać, bo przeciw przeznaczeniu człek, choćby najmężniejszy nic nie wskóra. Tymczasem, gdy giermkowie im srogie rany opatrywali, wyszedł pan Patrick z zaczarowanego ogrodu i przyniósł liście ze złota całe, które ze źródełka wyciągnął. Wdzięczności się pewnie za swą dobroć od panów Eudafa, Drusa i Bertholda spodziewał, ale jeno wyrzuty zyskał, bo się okazało, że liści jeno na dwa wykupy, nie na trzy wystarczyło. Pożegnali tedy panowie Le Petit, Brion i Patrick pana Geralda i ruszyli do pobliskiego majątku który należał do pewnej szlachetnej wdowy, aby tam nareszcie pana Foravala w łożu złożyć, a potem dalej z panią Tanree ruszyć. Panowie Eudaf, Drus i Berthold nie mogli się zgodzić jak złoto, które im pan Patrick dał podzielić i w końcu także z nimi pojechali, bo myśleli pewnie jeszcze co od dzielnej drużyny uzyskać.

Jechali polną drogą, kiedy ich oczom orszak wielce osobliwy się ukazał. Wpośrodku gromadki dziewek jechał na siwym koniu mąż wielkiej postury, z brzuchem pękatym, w wianku z kwiecia na głowie i bez nijakiej broni ani zbroi. Co rusz w głos piosnki radosne a sprośne wyśpiewywał, czym idące wokół niewiasty w konfuzję wprawiał. Gdy się do siebie zbliżyli mąż ów przedstawił się jako „Hey Nony”, nie zaprzestał też swoich rubasznych przyśpiewek, zagadywał do konia i robił inne jeszcze rzeczy które jasno pokazywały, że albo jest on przybyszem z krainy czarów, albo rozum mu się całkiem pomieszał. Idące zaś wokół dziewki okazały się poddanymi owej wdowy do której zdążali rycerze z panem Foravalem i nie znały wcale owego tajemniczego towarzysza, który im się zresztą nieco naprzykrzał soczystymi żartami i piosenkami.

Ale oto dociekania na jego temat przerwane zostało pojawieniem się z przeciwnej strony rycerza w czerń odzianego, na czarnym koniu, którego dzielni rycerze już byli poznali. Był to pan Drumagus, czarny rycerz, we własnej osobie. Podjechał bliżej, przystanął i spod hełmu do dziewek zagadał, żądając żeby z nim która poszła na pohańbienie. Tego ani pan Le Petit, ani pan Brion, ani pan Patrick słuchać spokojnie nie mogli, zaraz też przed czarnego rycerza wyjechali i do pojedynku drugi już raz go wyzwali. Na to pan Drumagus zazgrzytał jeno zębami w wielkiej złości, a tak głośne zgrzytanie spod hełmu się rozniosło, że myślałby kto blacha się drze. Ale od pojedynku musiał odstąpić, dziewek poniechawszy i tak drugi raz już się rycerze spotkali. Zapowiedział im też na odchodnym czarny rycerz, że gdy się następnym razem zejdą z chęcią wyzwanie przyjmie i wszystkich trzech z radością życia zbawi.

Po tym niemiłym spotkaniu zjechali nareszcie do majątku owej szlachetnej wdowy, której imienia ballada zdradzić nie może, według przysięgi o której dalej będzie mowa. Gdy ich gospodyni przyjęła i przy stole gościła, otwarły się naraz drzwi do domu i stanął w nich… pan Drumagus, po raz trzeci już z rycerzami się spotykając. Ni słowa powitania nie rzekłszy, hełmu nie zdjąwszy, we drzwiach stojąc wezwał butnym głosem wdowę w imieniu swego pana którego nazywał Sinonem, aby się z nim do jego dworu udała. W przeciwnym razie, prawił pan Drumagus, ów Sinon sam po nią przyjdzie i jak brankę weźmie, a jej sługi jak niewolników. Gdy to usłyszeli panowie Le Petit, Brion i Patrick wstali i przed Drumagusa wystąpiwszy, po raz trzeci na pojedynek go wyzwali.

Jakby na to czekał pan Drumagus – zaraz konia dosiadł i do pojedynku się sposobił. Pierwszy do walki pan Patrick stanął („O ! czyżby rycerz niezłomny udał się za potrzebą ?…”), bo dawno prawdziwej walki nie zakosztowawszy uprosił starszych rycerzy, żeby mu pozwolili z czarnym rycerzem przed nimi się zetrzeć. Ruszyli na siebie rycerze galopem, pan Patrick włócznię wpół ucha końskiego złożył i ugodzić się przeciwnika szykował, ten jednak tarczą jeno się mocno zastawił, swojej włóczni nawet do ataku nie składając. Huknęła patrickowa włócznia o tarcz drumagusowy i pękła, a wtedy czarny rycerz swoją odrzucił, miecza jednak nie dobywając. Drugi zaraz nawrót rycerze uczynili, pan Patrick miecza dobywszy natarł na pana Drumagusa, a ten z gołymi rękami do niego przystąpił. Dziwnym się to zaiste patrzącym zdało, że się czarny rycerz tak sam rozbroił, ale w większe jeszcze wpadli osłupienie, gdy pan Drumagus zręcznie się spod miecza patrickowego wymknąwszy za bary młodego Irlandczyka złapał i jednym ruchem z siodła na ziemię zwalił.
Teraz się zaiste pokazało o co szło czarnemu rycerzowi ! Gdy przeciwnik z ziemi się podnosił natarł na niego koniem i jął młócić mieczem, aż iskry szły gdy się nieszczęsny pan Patrick przed ciosami tarczą zasłonić próbował. Pan Le Petit i pan Brion Irlandczyk stali na swoich koniach zgrzytając w bezsilnej złości zębami, bo nic zrobić nie mogli, prócz zanoszenia próśb do czarnego rycerza by Patricka oszczędził. Ale na nic się zdały ich prośby, znać było, że pan Drumagus nie odpuści, póki młodego rycerza trupem nie rozciągnie, napierał bowiem coraz mocniej koniem i już coraz słabiej mu się przeciwnik opierał. Walczyli tak krótką chwilę, aż wreszcie czarny rycerz ciosem potężnym prawie że rozłupał hełm młodemu Patrickowi, który jak rażony piorunem na ziemię pod końskie kopyta runął.

Widząc to pan Brion, mimo ran srogich, które w walce z panem Geraldem otrzymał, wyskoczył na koniu by się z okrutnym rycerzem czym prędzej zewrzeć i sprawiedliwość mu wymierzyć. („…i znowu Kogucik gdzieś się zapodział, czemuż zwlekał, miast życie przyjaciołom ratować swoim niezłomnym męstwem…”) Ale i z nim rychło rozprawił się pan Drumagus, tym samym sposobem co pana Patricka z konia go strącając, po czym tratując i mieczem grzmocąc, aż huczało. Pan Le Petit z gniewu i bezsilnej wściekłości ledwo z siodła nie wyskoczył, próśb poniechał, widząc że na nic się zdadzą, zamiast tego w głos przysięgając czarnemu rycerzowi rychłą zemstę. I tu pan Drumagus błąd popełnił, mierząc bowiem męstwo pana Le Petit jego niezawielkim wzrostem („niezawielkim – lepiej brzmi niźli lichym, alibo – kogucim…”), zamyślił mu ubliżyć nazywając pogardliwie „rycerzykiem” (hurra – nareszcie ktoś zauważył że jestem malutki !!! [przyp. autora]). Na to dzielny rycerz, pogardą czarnego rycerza do żywego poruszony, w gniew okrutny wpadł i ze śmiercią w oczach na dziedziniec do walki wyjechał.

Natarli na siebie dwaj rycerze, przez dziedziniec konie do galopu rozpędziwszy. Pan Drumagus pewny siebie był wielce, bo dwóch rycerzy już powalił i to jak mniemał rycerzy znaczniejszych i silniejszych niźli lichy „rycerzyk”, z którym mu się na koniec potykać przyszło. Aliści w jednej chwili cała pycha jego i pewność wygranej pierzchły jak spłoszone kury, gdyż oto włócznia pana Le Petit tarczę jego minąwszy w napierśnik pewnie ugodziła i z hukiem wielkim runął czarny rycerz z konia, srodze się przy tym kalecząc. Zaiste potężny to był cios, włócznia pana Le Petit od niego pękła w drobne kawałki, aliści zbroja drumagusowa strzymała i tak zachował czarny rycerz życie. Teraz jednak dobył mały rycerz miecza i jak wprzódy pan Drumagus grzmocił z góry i koniem zajeżdżał panów Patricka i Briona, tak teraz sam musiał przed koniem lepetitowym ustępować, tarczą głowę zasłaniając. Na nic mu się to jednak zdało, ręka mu w końcu osłabła, oddechu w piersiach nie stało, głowę odsłonił, a wtedy pan Le Petit zamach wziąwszy ciął tak potężnie, że głowa czarnego rycerza wraz z hełmem na dobre dziesięć łokci od ciała odleciała. Tak zakończył żywot straszny pan Drumagus, zabójca wielu zacnych rycerzy, których dla ich majątku wyzwał i zabił, sługa obmierzłego olbrzyma Sinona, okrutnik i gwałtownik wielki. Ręka sprawiedliwości w osobie dzielnego pana Le Petit dosięgła go w końcu.

Gdy wszyscy ujrzeli upadek pana Drumagusa i zwycięstwo pana Le Petit, uradowali się wielce. Pani, której imienia wspomnieć w tej balladzie nie wolno przez przysięgę, o której zaraz będzie mowa, nakazała ucztę wielką na cześć dzielnego rycerza wydać, zaś panów Briona i Patricka dobrze opatrzyć i w łożach złożyć, by razem z panem Foravalem do zdrowia wracali. Kiedy zaś na uczcie zasiedli, opowiedziała panu Le Petit i jego towarzyszom historię o sobie i olbrzymie Sinonie. Wcześniej nic im wyznać ze wstydu wielkiego i sromoty nie chciała, a i teraz twarz chowając w dłoniach przysiąc kazała, że jej imienia w onej historii nie wspomną.

Otóż pani była wdową po dzielnym rycerzu, którego miłowała wielce i któremu zawsze była wierną. Ale po jego śmierci nie miała obrońcy, ni syna, który by się mógł na zabójcy ojca pomścić. Posłyszała jednak o olbrzymie Sinonie, który żył na bagnach i umyśliła sobie żoną jego zostać, po to tylko aby z nim potomka spłodzić, który by po ojcu wielkość i siłę odziedziczywszy zabójcę jej ukochanego męża, gdy dorośnie ukarał. Pojechała tedy wraz z małym weselnym orszakiem na bagna do siedziby olbrzyma, aby go pojąć za męża, ale nie wiedziała biedaczka, że jest ów olbrzym grzechu pełen i że jeno występek radość mu daje. Gdy tedy przyjechali do jego siedziby i pani swój zamiar mu wyjawiła uradował się ogromnie, bowiem umyślił sobie jej orszak weselny pożreć, a ją samą pohańbić. Tak też i uczynił pożarłszy księdza i drużbów i innych kilku weselników, na koniec zaś żonę swoją w komnaty zawiódłszy zamierzał grzesznie posiąść, ale gdy ona ciało jego wielkie, nieforemne i całkiem obnażone ujrzała, prawie że rozum straciła. Pojęła tedy nareszcie, że przeciwnym jest naturze, iżby kobieta z takim potworem syna poczęła i z wielkiej sromoty i strachu przed tym czego omal nie uczyniła, wyrwała się i uciekła do swojego dworu. Olbrzym jednak nie zapomniał o niej i sługę swego, którym był nie kto inny jak pan Drumagus, czarny rycerz, którego właśnie pan Le Petit pokonał i zabił, do pani owej nieszczęśliwej posyłał, aby ją gnębił.

Gdy usłyszał pan Le Petit ową historię, postanowił zaraz ową damę od zalotów olbrzyma raz na zawsze uwolnić. Zaraz chciał na koń wsiadać i na Sinona ruszać, aby go zabić („ciekawym wielce, cóż go tedy powstrzymało…”), ale towarzysze jego, pan Brion i Patrick ciężko byli ranni i nalegali by ich nie opuszczał, a lepiej po rycerzy Okrągłego Stołu posłał, by oni olbrzyma strasznego zabili. On jednak sam wolał ruszać, tyle jeno wskórali że zgodził się na nich poczekać, aż wydobrzeją. Ale gdy rozprawiali odezwał się naraz pan Hey Nony – ten sam, którego w towarzystwie dziewek i w wianku na głowie spotkali. Rzekł im, że najlepiej na olbrzyma z mieczem dobrym ruszać. Zdumieli się rycerze, że taki wesołek o walce im prawi, a on zażądał miecza od pana Le Petit i do walki go wyzwał. Ha ! Pięknie zaiste walczyli i okazało się, iż pan Hey Nony przednim jest szermierzem, lepszym nawet niż pan Le Petit. Ten począł go tedy wypytywać i rychło odkrył, że to nie kto inny z nim walczył jeno pan Friadus, rycerz Okrągłego Stołu, który rozum najpewniej w jakiej przygodzie postradawszy panem Hey Nony się obwoływał. Gdy tedy takiego sojusznika mieli, nie tylko panowie Brion i Patrick, ale nawet Eudaf, Drus i Berthold głośno za wyprawą na olbrzyma gardłowali. Godzi się jeszcze wspomnieć, że już wcześniej pan Le Petit w swej hojności darował konia pana Drumagusa panu Bertholdowi, od długu i niewoli go tym sposobem ratując.

Postanowiono tedy czekać, aż panowie Brion, Patrick i Foraval do zdrowia wrócą. Że jednak panu Friadusowi, który do ćwiczeń rycerskich wrócił i śpiewania sprośnych piosenek poniechał, pilno było w drogę, musiał mu pan Le Petit zajęcie jakieś znaleźć, coby nie gnuśniał. Wspomniał sobie tedy na pana Geralda, strażnika zaklętego źródełka w służbie czarownika Agnara i postanowił pana Friadusa namówić by o włócznię jego zawalczył i od służby owej go wybawił. Rycerz wielce się uradował z tego pomysłu, zaraz tedy razem do źródełka wyruszyli, gdzie pan Friadus gładko pana Geralda pokonał, ale że włócznią jego władać nie umiał, tedy ją panu Patrickowi za radą pana Le Petit darował („dobre rady to jak się zdaje specjalność pan Le Petit…”). Pan Gerald także postanowił z nimi wrócić i olbrzyma sprośnego pomóc pokonać, tedy na wyprawę na bagna ruszyło w końcu dziewięciu rycerzy z giermkami.

Gdy już do siedziby Sinona się zbliżali, wyszedł olbrzym sam jeden przeciw nim. Stanęli tedy pan Friadus, Brion i Le Petit, inni zaś czekali na swoją kolej. Pierwszy cios piękny zadał pan Friadus, ranę głęboką przez pierś olbrzymowi zadając, po nim pan Brion ciął gładko, brzuch potwora niemal otwierając, a zaraz za nim pan Le Petit celnie ugodził w samo przyrodzenie. Chciał w ten sposób ukarać Sinona za nieprzystojny zamiar, który powziął był wobec damy o której była mowa („a pewnie i wyżej niźli przyrodzenie Kogucik olbrzymowi nie sięgał…”). Zwłaszcza ten ostatni cios wielce olbrzyma rozwścieczył, bo nie bacząc na panów Friadusa i Briona całą mocą chwycił pana Le Petit w garść i chciał mu kości połamać, ale że go zaraz rycerz celnie mieczem ostrym ugodził, tedy jeno cisnął nim z wielką siłą o drzewo, prawie zmysłów pozbawiając. Zanim się pan Le Petit pozbierał i dobiegł do Sinona, już jego miejsce zajął pan Patrick i wraz z pozostałymi dwoma rycerzami olbrzyma zarąbali.

Tak tedy zły Sinon został pokonany i zabity, dwór jego spalono i wszyscy w okolicy cieszyli się z tego wielce, zaś panowie Le Petit, Brion i Patrick, pożegnawszy goszczącą ich u siebie panią, pana Friadusa, panów Eudafa, Drusa i Bertholda, pana Foravala i pana Geralda pojechali wraz z panią Tanree do Petersborough, aby ją tam bezpiecznie w wujowskie ręce oddać, tak jak to byli obiecali panom Dinadanowi i Sibiliasowi. („jeno się z miesiąc opóźnili…”)

„!Panie ! Zamilcz nareszcie, bo nie dość że balladę psujesz, to jeszcze czci zacnego pana Le Petit, pogromcy smoka i wybawiciela dziewic ubliżasz ! Jeśli panie nie skończysz tak szkaradnie go oczerniać ze mną będziesz miał do czynienia !” (:))

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Pendragon, Pendragon - Kampania druga ,

Comments are closed.