Ballada o panu Le Petit, Rozdział XXIII

Ballada o panu Le Petit, rycerzu niezłomnym, zwanym tak od swego niewielkiego wzrostu, który wielu przygód dokonał i chwałą się okrył, przez pana Christiana z Essex zgrabnie ułożona ku uciesze damom i nauce rycerzom.

Rozdział XXIII

W którym jest mowa o tym jak pan Le Petit na wielkim turnieju londyńskim został najpierw z konia zrzucony, następnie włócznią pokłuty i na koniec przez własnego giermka odbieżany. (*)

Roku Pańskiego 537 zdarzyło się panu Le Petit i panu Patrickowi Wallace’owi być w Londynie w czas wielkiego turnieju, który każdego roku mer tego miasta urządzał. Chcąc tedy chwałą się okryć większą jeszcze aniżeli ta, którą już mieli postanowili obaj na turnieju zostać i o nagrody walczyć. Pan Patrick miał przy tym jeszcze brata zaginionego znaleźć, który się był w Londynie wprzódy zgubił.

Ledwo do miasta przybyli a już pokazało się, że oba są tępymi wsiokami, na turniejach niebywałymi. Zamiast bowiem tarcze swe jak nakazuje turniejowy obyczaj u drzwi gospody wywiesić i heroldom przykazać chwałę swoją po całym mieście głosić, obaj rycerze jak gdyby nigdy nic spać się chcieli położyć. Szczęściem Bóg miłosierny zesłał im wielce uczynną młodą damę, pannę Tanree z Kentu, która ledwo piętnaście wiosen sobie licząc, więcej jednak o turniejach wiedziała niźli obaj okryci chwałą rycerze. Była jeszcze owa dama tak miła, że w pokoju wynajętym przez siebie dla brata obu niezdarom miejsca użyczyła. Tak też, poznawszy się lepiej wyruszyli razem w trójkę na ucztę, która turniej rozpoczynała.

Na uczcie pan Le Petit jedynej chwalebnej rzeczy w czasie całego turnieju dokonał, a mianowicie zaśpiewał pięknie balladę. Ballada była o panu Le Petit rzecz jasna, jak to niby ten smoka pokonał i ciężko raniony, w klasztorze do zdrowia przychodził. Ale i przez to chwalebne śpiewanie biedy sobie rycerz napytał, bo go zaraz zauważył biskup z Rochester, którego pan Le Petit raz był okpił i który ujrzawszy go teraz, do siebie przyzwał i swemu przyjacielowi przedstawił. Na imię temu przyjacielowi było Piotr, ale go zwano Czarną Śmiercią, bo sam jeden z życiem z zarazy wyszedł. Miał też oczy i opinię mordercy, który gdy raz na kogo parol zagnie nie popuści póki życia z nieszczęśnika nie wydusi. Tedy humor sobie przez to spotkanie popsowawszy i nie chcąc w oczy owej Czarnej Śmierci leźć, czmychnął pan Le Petit z uczty przy pierwszej okazji, odwożąc w pożyczonej lektyce panią Tanree, która się tymczasem była pospała.

Później jednak postanowił wraz z giermkiem na powrót skrycie na ucztę się wkraść i podpatrzyć gdzie się biskup i jego przyjaciel na spoczynek ułożą, żeby może fortelem jakowymś swe szanse w ewentualnej walce z panem Piotrem zwiększyć. Długo jednak przyszło im czekać, a w końcu okazało się że biskup sypia na zamku, tedy nic z owego czekania się dobrego nie urodziło. Zmęczeni wrócili na kwaterę późno w noc i następnego rana zaspali na pierwsze walki, co jednak nie było takie złe jak się dalej pokaże.

Kiedy się bowiem pan Le Petit wreszcie obudził i kopami wygnał swego giermka z legowiska, posłał go zaraz żeby mu znalazł godnego przeciwnika. ‚Godnego’ znaczy nie za biegłego w kopii i na tyle przy tym znacznego żeby się potem można było pokonaniem go chełpić. Perier jednak, ta łajza nieużyta, znalazł tak biegłego kopijnika, że pan Le Petit w pierwszym najeźdźie gładko z siodła niby z katapulty wyleciał i tak swe występy turniejowe marnie zakończył. Dobrze przynajmniej, że wskutek nocnego czyhania na biskupa późno wstał, bo inaczej mógłby zasłynąć jako ten, który pierwszy był z konia strącony na całym turnieju.

Ale i panu Patrickowi nie lepiej się wiodło, bo choć na kopie w turnieju jeszcze nie walczył brata swego szukając, został już przecie zdybany przez jakiegoś zapalonego rzymskiego zapaśnika, który umyślił sobie pogruchotać mu kości, co mu się zresztą udało. Na dodatek herold, którego na czas turnieju użyczył panu Patrickowi pewien rycerz, wielce ochoczo chwałę swego tymczasowego pana głosił, tak iż niezadługo szukał już „niezwyciężonego” pana Patricka dziki Pikt chcąc się z nim zewrzeć.

Kiedy tak obaj rycerze dzielnie w walce dokazywali, do miasta zjechał spóźniony brat panny Tanree, która jak wiadomo jego pokój panom Le Petit i Patrickowi oddała. Spotkał go pan Le Petit i do siostry zaprowadził, która się wielce ucieszyła, choć rychło zaczęli się z bratem jak dwa młode psiaki czubić, dogryzać sobie i po łydkach się kopać. Ale w tym wszystkim pochwalił się młody giermek, że na turniej się spóźnił, gdyż rycerska przygoda go spotkała i zatrzymała. Na drodze z Kentu dama piękna namioty swe rozstawiła, ze złotym słońcem na srebrnym tle, a zwała się Vervaine. Czarny rycerz damie owej zagrażał, prosiła ona tedy przejeżdżających tamtędy rycerzy aby do pojedynku śmiertelnego z nim stawali. Robina, brata Tanree także o taką przysługę prosiła, ale kiedy się okazało że nie był jeszcze pasowany odjechać musiał i tak walki szczęśliwie uniknął.

Gdy to usłyszał pan Le Petit postanowił giermka swojego, Periera posłać do onej damy, aby się o nią i owego czarnego rycerza wywiedział i wróciwszy sprawę zdał. Giermkowi walczyć z rycerzem nie było wolno, tedy się o niego pan Le Petit nie bał, bo myślał że tak jak Robin rychło powróci. Wyszedł tedy na miasto, aby się nieco rozerwać i giermka od głoszenia swej chwały uwolniwszy z misją wysłać.

Tymczasem zacny Perier, nie spisawszy się w szukaniu przeciwnika do walki na kopie, postanowił humor swemu panu poprawić i znaleźć mu przeciwnika łatwego, którego by mógł pokonać. No i znalazł… Ujrzawszy niewielkiego rycerza z wielkim nosem, siedzącego smętnie przed ubogim namiotem pomyślał, że oto trafił się przeciwnik godny jego wspaniałego pana, który mu bez zbytniej fatygi chwały dostarczy. Rycerz ten zwał się Kamil z Diderot i pozywał na miecze każdego, ktoby zaprzeczył że dziewki z majątku Diderot są piękniejsze niźli dziewki z innych majątków. Giermek powrócił więc do swego pana i oznajmił mu co widział.
Pan Le Petit zrazu nieufnie, potem coraz śmielej co całej sprawy się odniósł. Pojechał w końcu zobaczyć owego osławionego przeciwnika, a gdy go ujrzał ochoczo do walki wyzwał. Zaraz jednak tego pożałował, a Periera w myślach przeklął, bo się okazało że pan Kamil jest nauczycielem szermierki, który po majątkach różnych podróżując nigdzie dziewek godnych nie znalazł i z tej frustracji wyzwanie takie uczynił. Walka się zaczęła ostra, ale szczęściem na tępe walczyli, a że pan Le Petit zbroję miał mocną, tedy się w końcu rycerze obaj zmęczyli i zgodzili walkę zakończyć, po czym  zgodnie razem siadłszy winem pospołu się uraczyli.

Perier tymczasem przez pana Le Petit w drogę do tajemniczej damy odprawiony na koń siadł i odjechał. Gdy go jednak na drugi dzień jeszcze nie było, zaczął się o niego pan Le Petit martwić, bo choć wyrostek był nieco złośliwy i czasami nieużyty, dobrze mu przecie i wiernie służył. Nie dane mu było jednak w spokoju się martwić, bo oto przybył pod gospodę ów Pikt, który posłyszawszy o chwale pana Patricka umyślił się koniecznie z nim zmierzyć. Odziany jeno w skóry i zbrojny w dzidę natarł na pana Patricka dziko i szybko też na ziemi go rozciągnął, po czym noża dobywszy zamierzał się, jakby głowę pokonanemu chciał odciąć. Na to nie mógł rzecz jasna pan Le Petit pozwolić, rzucił więc wyzwanie Piktowi, ale rychło i jego włócznia dzikusa powaliła obok pana Patricka. Zwycięski Pikt znowu wyciągnął nóż i nie zważając na krzyki panny Tanree, oraz jej brata odciął każdemu z rycerzy… pukiel włosów jako trofeum. Uff…

Opatrzony przez medyka pan Le Petit na nowo o Periera martwić się zaczął, aż w końcu umyślił sobie pojechać samemu do pani Vervaine i z daleka popatrzeć czy tam aby giermka swego gdzie nie ujrzy. Pani Tanree, wraz z bratem swoim Robinem także ofiarowali się z nim razem pojechać i wielce się przydali, gdyż jako nie-rycerze mogli bliżej obozu podjechać. Ujrzeli tedy Periera całego i zdrowego w barwy pani Vervaine ubranego i przy namiocie jej straż trzymającego. Przy nim drugi młodzik tak samo przybrany stał, a miał rude włosy i z twarzy nieco do pana Patricka był podobny, tak że się pani Tanree domyśliła, iż jego zaginionym bratem był. Pan Le Petit srodze się rozsierdził, usłyszawszy że go giermek jego własny był odbieżał, bo już dość mu było porażek i sromoty, ale go pani Tanree uspokoiła, że pewnie za sprawą czarów się to stało i żeby się nie martwił. W drodze powrotnej rozpytywali się tedy o ową panią Vervaine i okazało się, że istotnie czarownica to jest jakaś, która młodych chłopców na paziów sobie wybiera, a potem w lasy uprowadza i już ich nikt więcej nie widuje. Za to pasowanych na czarnego rycerza napuszcza i albo taki nieszczęśnik ginie, albo zwyciężywszy, musi zmożony urokiem czarownicy sam czarną zbroję wdziać i na życie przygodnych rycerzy czyhać.

Powróciwszy do miasta i tego wszystkiego się dowiedziawszy zasępił się pan Le Petit i inni z nim razem. Rycerzowi zdało się, że powinien przygodzie tej czoła stawić, ale nie widział jakby mógł ją zakończyć inaczej niźli w czarnej zbroi na trakcie do Kentu. Pan Patrick jednak, na łożu leżąc i ledwo mówiąc z ran które mu Pikt, a wcześniej rzymski zapaśnik zadali, rzekł iżby się można do obozu pani Vervaine zakraść i giermków skrycie uprowadzić. Najpierw się to panu Le Petit zdało nierycerskie i niehonorowe, ale wtedy odwiedził ich pan Kuthbert, ten sam którego niegdyś rycerz uratował z rąk biskupa Rochester i to samo mu rzekł, ofiarując się ponadto w wyprawie wziąć udział. Wtedy postanowiono, a pan Patrick obiecał jeszcze jednego ziomka swego do pomocy przysłać.

Tak też nazajutrz trzech rycerzy, to jest pan Le Petit, pan Kuthbert i pan MacDowell, krewniak pana Patricka, wyruszyli drogą na Kent ku obozowi pani Vervaine. Bez trudu nocą podkradli się do namiotów i giermków trzech uprowadzili, bo oprócz Periera i brata patrickowego był tam jeszcze młody Tankred, giermek tajemniczego rycerza który na turnieju walczył jako Rycerz Dębowego Liścia. Wszyscy trzej nic z owej służby u czarownicy nie pamiętali, tedy nic się od nich pan Le Petit na temat natury zaklęcia nie dowiedział i tak od rozwiązywania tej przygody nareszcie odstąpił. A gdy do miasta powrócili Rycerz Dębowego Liścia giermka Tankreda panu Le Petit za uratowanie go z rąk wiedźmy darował i tak odzyskawszy jednego giermka, zyskał sobie rycerz  jeszcze drugiego nowego.

Do końca turnieju londyńskiego leczyli obaj rycerze rany i na wielkie melee poszli jeno razem z damami popatrzeć, a po rozdaniu laurów do swoich domów się rozjechali, z panią Tanree serdecznie się pożegnawszy.

(*) Ten rozdział wyśpiewał pan Christian samemu sobie, gdy po wyleczeniu się z ran próbował jakieś chwalebne czyny z londyńskiego turnieju sobie przypomnieć, a nie mogąc znaleźć nic coby się dało odpowiednio do ballady przystosować, z wielkiej frustracji upił się winem i w pijackiej szczerości przed samym sobą użalał się nad niegodziwym losem.

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Pendragon, Pendragon - Kampania druga ,

Comments are closed.