Ballada o panu Le Petit, Rozdział XVII

Ballada o panu Le Petit, rycerzu niezłomnym, zwanym tak od swego niewielkiego wzrostu, który wielu przygód dokonał i chwałą się okrył, przez pana Christiana z Essex zgrabnie ułożona ku uciesze damom i nauce rycerzom.

Rozdział XVII
W którym jest mowa o tym jak pan Le Petit zratował saskiego rycerza Kuthberta z rąk biskupa i pomścił śmierć brata jego na bestii okrutnej.

Wiosną Roku Pańskiego 535 podróżował pan Le Petit samjeden, z giermkiem swym jeno, z wielkiego miasta Londynu ku Dover, gdzie się zbierała wyprawa wielka na ziemie Ganisu, przez pana ziem owych sir Bleoberisa, ku ich wyzwoleniu spod panowania zdradzieckiego króla Klaudasa poczyniona. Jechał rycerz już tydzień cały od wyruszenia z Londynu, kiedy na swej drodze napotkał pana Briona O’Rannon, który towarzyszył czarodziejce Mogar. Poprosili oni pana Le Petit czyby nie mogli mu towarzyszyć, a on się zgodził i tak razem pojechali dalej.

Kiedy jechali borem głębokim, doścignęła ich burza straszliwa, tak, iż ledwo uszy końskie widzieć mogli poprzez strugi deszczu. W ten czas zjawił się saski najemnik Penda, sługa pana Bassy, rycerza saskiego, który powiódł pana Le Petit, wraz z towarzyszami, do obozu w lesie, gdzie pan Bassa raniony odpoczywał. Tu się okazało że brat pana Bassy rodzony, zacny rycerz Kuthbert, pojman był zdradziecko przez biskupa Rochester i skazan na rwanie końmi za to, iż w służbie barona, z biskupem zwaśnionego, był. Pan Bassa ze swymi Sasami pojmał był jednak córkę biskupa Klementynę, uczciwie w pojedynku położywszy wprzódy dwóch rycerzy, którzy jej za eskortę byli. Godzi się rzec, iż na cześć jej niewieścią i życie nie nastając, chcieli wymienić ją na ciało Kuthberta, który wtenczas miał być już końmi rozerwan, aby go po chrześcijańsku pochować. Pan Le Petit wraz z kompanią ofiarowali się podjąć owej godnej misji i zwróciwszy biskupowi córkę nienaruszoną, odebrać od niego ciało pana Kuthberta, porządnie pozszywane.

Niezadługo po wyruszeniu z obozu Sasów, do rycerskiego obozowiska, uczynionego przy trakcie, dotarli. Z liczby namiotów, koni, wozów i wszelakiego sprzętu rycerskiego znać było, iż się obozujący rycerze na wyprawę wojenną wybrali i przerwę uczyniwszy obóz rozbili. Zaraz też rycerz jakowyś, wielkiej postury, dla miłości walki, z panem Le Petit i panem Brionem potykać się chciał, jako że z całej wyprawy żaden inny rycerz stanąć mu już nie chciał, tak srodze ich wszystkich ten rycerz wprzódy był obił. Pan Brion jednak, który pierwszy ochoczo do walki się rzucił, powalił dwakroć potężnego rycerza tak, iż tamten musiał pardonu prosić. Tedy pan Le Petit, do ramienia jeno nieznanemu rycerzowi sięgając, a i to tylko kiedy na palcach stanął, do walki się przysposobił. Zaraz też wielkich czynów dokazał i dwakroć olbrzyma po karku swym mieczem naznaczył, ale w końcu ciosowi jego buławy niespodzianie uległ. Dziwował się pan Le Petit, że go ów rycerz, mimo całej dzielności jednak pokonał, ale się zaraz okazało, że był to nie kto inny, tylko sam biskup z Rochester, który dla miłości walki w szranki stając, stan swój duchowny ukrył. Tedy stało się jasne, iż jako osoba duchowna był on na ciosy pana Le Petit całkiem odporny, a to dla tej przyczyny, iż zaprzysiągł pan Le Petit krwi duchownej nie przelewać po tym, jak w klasztorze abasońskim był do zdrowia, po walce ze szpetnym olbrzymem Gomorhem, przywrócon.

Po walkach zapytał biskup pana Le Petit z czym przyjechał, ten zaś zgodnie z prawdą odrzekł że po ciało pana Kuthberta, które w zamian za córkę biskupa ma panu Bassie zawieźć. Na to uradował się wielce biskup, jako że jeszcze pana Kuthberta końmi nie był rozerwał, choć wielką nienawiścią do niego pałał. Teraz zaś kiedy się dowiedział, iż pan Bassa myśli, jakoby brat jego już był rozerwan, postanowił zaraz po wieczerzy wyrok wykonać. Na to jednak pan Le Petit przystać nie chciał, jako że niegodnym mu się okrucieństwo i zaciętość biskupa zdały. Aliści nie mógł przecie otwarcie biskupowi się przeciwić, tedy powziął postanowienie, żeby podstępem życie pana Kuthberta ocalić.

Naprzód ułożył balladę bardzo chwalebną, w której biskup życie panu Kuthbertowi darowawszy wielką wdzięczność pana Bassy zyskał i jeńca rycerskiego, którego w balladzie ten jakoby w swej mocy miał, od śmierci ocalił. Odśpiewał ją potem pan Le Petit na uczcie, a czarodziejka Mogar i pan Brion dzielnie mu swych głosów użyczali, ale na nic to się zdało, chyba tylko na to, że biskup na rycerza i towarzyszy jego gniew większy jeszcze powziął. Tedy otwarcie mu pan Le Petit rzekł, iż w obozie saskim rycerza jakowegoś widział, co było prawdą bowiem pan Bassa pasowanym był, ale biskup nie wiedział, że o nim mu mówił. Pani Mogar takoż samo rzekła i może by tak pana Kuthberta ocalili, ale się pan Brion wygadał, że to tarczę pan Bassy widzieli w obozie i żadnego innego rycerza tam nie było. Tedy już biskup konie kazał zaprzęgać, ale pan Le Petit w ostatniej chwili podsunął mu myśl, żeby żywym Sasa ostawiwszy radość wielką w obozie jego brata uczynić i poczekawszy, aż się wszyscy Sasi z owej radości spiją i pośpią, napaść na nich i powyrzynać. Na taki plan biskup przystał z ochotą, ale widać bardzo był na pana Kuthberta zacięty, bo oczy mu kazał na miejscu wyłupić.

Na to już nic pan Le Petit, ani jego towarzysze nie potrafili uczynić, ale kiedy się kat zabrał do dzieła znak się widomy pokazał, że biskup zgrzeszył nienawiścią do pana Kuthberta. Kiedy bowiem kat oko lewe rycerzowi wyłupił, z jasnego nieba spadł jastrząb i to samo oko oprawcy wyrwawszy odleciał. Na taki znak przerwać musiał biskup egzekucję i tak rycerz saski drugi oko ocalił. Pan Le Petit wraz z towarzyszami ofiarowali się plan cały wykonać, ale nie chcieli wcale Sasów wyrzynać, jeno córkę biskupa na pana Kuthberta żywego, choć bez jednego oka wymienić, o czym jednak roztropnie biskupowi nic nie rzekli.

Następnego dnia pan Le Petit z towarzyszami i słabującym panem Kuthbertem wyruszyli zatem w drogę ku wyspie na rzece Medway, gdzie się z Sasami wcześniej uradzili spotkać. Przed odjazdem ofiarował się im jeszcze pomagać rycerz jeden podstępny, pan Milles, który im dał flaszkę z zatrutym winem dla Sasów. Towarzysze flaszkę przyjęli, ale zaraz ją pani Mogar rozbiła, niby przypadkiem. Wieczorem przybyli do wsi kymryjskich flisaków, gdzie się na nocleg zatrzymali i jęli wieśniaków o wyspę na rzece wypytywać.

Rychło okazało się, iż na wyspę nikt po dobrej woli nie popłynie, bo źle o niej mówią – ponoć jakieś pięćdziesiąt lat temu popłynęli tam sascy rozbójnicy z jeńcami, ale żaden nie wrócił. Flisacy łódź jeno obiecali wypożyczyć, a i za to musiał pan Le Petit ze swojej kiesy wyłożyć. Kiedy już się do snu kładli, do wsi przyszedł pieszo rycerz także do Dover zdążający, pan Roderick, który opowiadał, że podczas odpoczynku bestia jakowaś wielka i straszna konia mu porwała i pożarła. Z wyglądu była ta bestia do niedźwiedzia podobna, jeno znacznie większa, tak iż konia w pysku unieść mogła. Usłyszawszy że pan Le Petit i kompania z misją wymiany jeńców jadą, ofiarował się pan Roderick z pomocą. Uradzono tedy wspólnie, że będzie on pana Kuthberta strzegł, kiedy pan Le Petit, pan Brion i czarodziejka Mogar na wyspę po córkę biskupa popłyną, a to na wypadek, gdyby jednak Sasi, przewagę mając, nie chcieli jej wydać.

Tak też i zrobiono. Na wyspę dopłynąwszy dzięki biegłości pana Briona, ujrzeli towarzysze obraz straszny, gdyż oto szczątki saskich najemników pana Bassy rozwłóczone wszędzie leżały, jakoby wielka jakowaś bestia na kawałki dzielnych wojaków porozrywała. Pan Le Petit domyślił się że była to ta sama bestia, która konia pana Rodericka porwała i że pewnikiem na wyspie owej opuszczonej leże sobie wymościła, a zatem przyjdzie mu przeciw niej stanąć. Rozpalił tedy z towarzyszami ognisko i wraz z panem Brionem pochodnie sobie z grubych gałęzi uczynili. Tak uzbrojeni na poszukiwania ocalałych Sasów i Klementyny – córki biskupa ruszyli. Przeszli całą wyspę nie znajdując jednak nikogo żywego i na koniec doszli na polanę, gdzie stał dąb wielki, pod którego korzeniami pieczara jakby wykopana była. Z pieczary onej wystawało ostrze topora pana Bassy, które zaraz poznali po tym, jak im je sam był pokazał, kiedy ich w swoim obozie gościł. Za toporem, głębiej w pieczarze leżał sam pan Bassa, któremu bestia urwała pół twarzy, a za nim, w ciemnym końcu jamy kuliła się, trzęsąca się ze strachu, ale żywa Klementyna. Tak to dzielny rycerz saski bronił do końca panny, która przecie była córką wroga, który na życie jego własne nastawał i na tortury brata jego skazał. Wzruszyli się na to rycerze, bo widzieli oto dowód męstwa i ofiarności, jakie jeno najlepsi z rycerzy dać mogą i pożałowali pana Bassy, który radości z brata ocalenia już mieć nie mógł.

Wyciągnąwszy potem z jamy Klementynę, pani Mogar jęła się ku łodzi wracać, zaś pan Le Petit wraz z panem Brionem za nią szli, bacząc pilnie, aby ich bestia okrutna zdradziecko nie napadła. Takoż i niezadługo usłyszeli porykiwania z przepastnej gardzieli dochodzące, a potem niespodzianie ujrzeli bestię potężną podobną tej, którą pan Roderick był opisywał. Potwór miał w kłębie dobre osiem stóp, cały był porośnięty grubym futrem, łapy jego zbrojne były w pazury, długie na stopę, zaś z paszczy wystawały takie same długie kły. Smród siarki szedł od niego tak straszliwy, iż zdało się z samego piekła dochodził, a ryk z paszczy przywodził na myśl wielkiego ryczącego kozła. Kiedy bieżył przez las łamał drzewa niczym gałązki, a łapy zapadały się w leśną ściółkę na dwie piędzi. Rzucił się na obu rycerzy naraz z furią wielką, aby ich czym prędzej powalić i pożreć. Rycerze jednak nie przerazili się tak strasznego przeciwnika i takoż samo natarli na bestię z pochodniami które trzymali w rękach.

Zwarli się w walce straszliwej, pazury bestii raz po raz szarpały drzazgi z tarcz obu rycerzy, którzy nacierali pochodniami. Pan Brion rychło miecza dobył, ale pan Le Petit pochodni nie odrzucał wiedząc, że z tak strasznym przeciwnikiem jeno sposobem wygrać można. Z wolna sił rycerzom zaczęło brakować, bo choć mężnie stawali potwór po wielokroć przewyższał ich siłą. Wtedy to pan Le Petit, na myśl przywodząc pana Bassę, wszystkie siły zebrał i zanurkowawszy dzięki swej małej wielkości, pod wyciągniętą łapą potwora wyskoczył niespodzianie, tuż obok jego szpetnego łba. Rozszalały potwór na jedną chwilę przystanął w wielkim zadziwieniu, że się pan Le Petit tam znalazł gdzie się go wcale nie spodziewał, a wtedy rycerz z całą mocą i wściekłością, za śmierć pana Bassy się mszcząc, rozpłomienioną głownię w same ślepia bestii wraził ! Skowyt się rozszedł wielki, potwór z bólu szalejąc w wodę się rzucił i zanim rycerze zdołali go dobić na głębinę umknął.

Bestię pobiwszy, obaj rycerze do łodzi się skierowali gdzie już pani Mogar Klementynę usadziwszy czekała. Ale zanim towarzysze zdołali uradzić, co w takim wypadku czynić należy, córka biskupa z rozpaczy, albo pomieszania zmysłów, w wodę się rzuciła. Pan Brion tak jak stał w kolczudze do wody skoczył, ale zaraz tonąć począł, tedy pan Le Petit, który się tymczasem ze zbroi był rozdział, z pomocą pani Mogar ratować go musiał. Uratowawszy pana Briona, po raz wtóry do wody wskoczył za Klementyną, którą szczęśliwie wyciągnął, choć prawie już była nieżywa. Dzięki Bogu udało się ją jednak uratować i tak, ciało szlachetnego pana Bassy jeszcze ze sobą zabrawszy, cała kompania do wioski flisaków powróciła.

Tu uradzono, że pan Roderick, wraz z Klementyną i głową jednego z zabitych przez bestię saskich najemników, na darowanym mu wielkodusznie przez pan Le Petit koniu do biskupa Rochester pojedzie, aby mu cała sprawę objaśnić. Zaś pan Le Petit, pan Brion, pan Kuthbert i pani czarodziejka Mogar wyruszą dalej w pogoń za bestią, aby ją dobić, po drodze do Dover zajechawszy. Tak się też stało i towarzysze, pana Rodericka pożegnawszy, w swoją stronę ruszyli.

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Pendragon, Pendragon - Kampania druga ,

Comments are closed.