Ballada o panu Le Petit, Rozdział XX

Ballada o panu Le Petit, rycerzu niezłomnym, zwanym tak od swego niewielkiego wzrostu, który wielu przygód dokonał i chwałą się okrył, przez pana Christiana z Essex zgrabnie ułożona ku uciesze damom i nauce rycerzom

Rozdział XX (*)
W którym jest mowa o tym jak pan Le Petit uwolnił wiatry uwięzione przez czarnoksiężnika w Zamku Róży Wiatrów na wyspie Re. (**)

Zimę Roku Pańskiego 535 przepędził pan Le Petit w obozie wojsk, zbierających się do wyruszenia do Ganis, gdzie wielu zacnych rycerzy dzielnością ujął i wiele pięknych dam skrycie w sobie rozkochał. Wyprawa wojenna zbierała się jeszcze przez całą wiosnę 536 roku, aż dopiero latem, dnia 22 lipca dano sygnał do wypłynięcia. Według pomysłu diuka Ulfiusza, miała wyruszyć naprzód mała wyprawa w sile stu najdzielniejszych rycerzy, która wylądowawszy w ujściu rzeki Charente, wziąć miała miasto Angouleme i tam dać odpór nieprzyjacielowi, podczas gdy główna część wyprawy uderzyć miała w tym czasie na Bordeaux. W tej to grupie wybranych stu rycerzy, którymi dowodził syn diuka Ulfiusza – pan Novelius, znalazł się oczywiście także pan Le Petit, wraz z dawnymi swymi towarzyszami, to jest panem Brionem O’Rannon i panią Mogar wiedźmą.Wraz z nimi na statku płynął jeszcze pan Vincent, rycerz frankoński, który jednak pod komendę pana Noveliusa się oddał, wraz z giermkiem swoim Patrickiem, który był Irem, jak i pan Brion.

Z początku wyprawa płynęła szybko naprzód, bowiem wiatr sprzyjał, potem jednak pogoda się popsuła i statki rozproszyły się podczas burzy. Na kodze, którą podróżował pan Le Petit wraz z kompanią, fala zmyła szypra i jego miejsce zajął pomocnik, młody jeszcze żeglarz imieniem Clarence, któremu pierwszy raz przypadło takie zadanie. Zrazu dobrze sobie radził, aliści kiedy w końcu burza ustąpiła i statek przybił do brzegu, okazało się, iż nie są to brzegi Francji, ale zaklętej wyspy Re. Wyspa ta znana była z tego, że wiatry wiały od niej tylko raz na cztery lata, a przez cały pozostały czas silne prądy morskie spychały ku jej brzegom statki, które znalazły się w pobliżu. Cóż tedy było robić – choć w sercach rycerzy gorzała chęć walki, musieli ze statku na brzeg zaklętej wyspy zejść.

Zrazu wyspa pustą się rycerzom zdała, ale przecie wiary w to, że kogoś na niej znajdą, nie utracili, tedy ruszyli wgłąb lądu ścieżką wydeptaną przez zwierzynę. Jakoż i niezadługo doprowadziła ich owa ścieżka do źródełka, przy którym naszli cebrzyk drewniany, całkiem dobry i często używany. Pewność tedy mając, że ktoś na wyspie Re prócz nich się znajduje, ruszyli dalej i za dwa pacierze oczom ich ukazał się zamek z kamienia, z podgrodziem, na którym widać było pracujących chłopów. Zaraz też z zamku młodzieniec godnej postury i w stroju bogatym ku nim wyjechał. Okazał się on być księciem Alidukiem z Poitou, wydziedziczonym ze swoich włości przez króla Klaudasa, który pierwej był zamordował jego ojca i braci, matkę uwięził w klasztorze, a siostry wydał za wiernych sobie baronów. Żył tedy pan Aliduk na wyspie Re, której nie śmiał opuścić w obawie o życie swej matki i sióstr, którym Klaudas śmiercią groził w razie, gdyby młody książe na ziemie swoje chciał powrócić, a służyli mu skazani za różne ciężkie przestępstwa zbrodniarze, których na Re zesłano dla odbycia kary, wraz z rodzinami.

Pan Le Petit, wraz z panem Brionem, panem Vincentem i panią Mogar pojechali zaraz z panem Alidukiem do jego zamku, choć pan Vincent nieco sprawę opóźnił, próbując dociec z miejscowymi chłopami praw własności do cebrzyka drewnianego, który był jak to już powiedziano w lesie znalazł i ze sobą zabrał. Giermek pana Vincenta, Patrick, pojechał zaś wezwać giermków pana Le Petit i pana Briona, którzy jelenia, upolowanego uprzednio w lesie, oprawiali. Zaraz też pan Aliduk ucztę na cześć przybyłych rycerzy i pani Mogar wyprawić kazał, bo nieczęsto miewał na wyspie szlachetnie urodzonych gości, a i niezmiernie ciekaw był wieści ze świata. Gdy się dowiedział, że rycerze w przedniej straży wyprawy przeciw królowi Klaudasowi poczynionej są, wielkie uniesienie go ogarnęło i zapragnął także wziąć w niej udział, ale nie mógł wyspy opuścić, żeby swojej rodziny na śmierć nie narazić. O mało też nie doszło przy tym do pojedynku pomiędzy nim, a panem Vincentem, gdyż książe zakrzyknął w uniesieniu, że zabije każdego Franka którego spotka, na co się pan Vincent zgłosił Frankiem przecie będąc i na pojedynek go wyzwał. Pan Aliduk okazał się jednak nie być jeszcze rycerzem, tedy wezwania przyjąć nie mógł, aż do czasu pasowania i tak bez rozlewu krwi się obyło.

Rzecz jasna, podczas uczty pan Le Petit wypytał księcia o zaklęcie, wiatry na wyspie Re wiążące i oto co się dowiedział: w drugiej części wyspy drugi zamek był, także kamienny, zwany zamkiem Róży Wiatrów, bowiem zaklęte w nim były wszystkie cztery wiatry. Ponoć wielki czarnoksiężnik uwięził je aby mu służyły, przez co właśnie wiatr na wyspie Re wiał zaledwie raz na cztery lata. Nikt nie wiedział, gdzie teraz był czarnoksiężnik, ale możliwe, że w wielkim donżonie w Zamku Róży Wiatrów. W zamku tym były cztery bramy, po jednej na każdą ze stron świata, a w środku czterech zaklętych rycerzy. Każdy rycerz mógł zostać pokonany tylko przez tego, komu był przeznaczony, a gdy to się stanie uwalnia się wiatr, który wieje przez dzień cały, tak, iż można wtedy opuścić wyspę Re, zanim cztery lata miną. Gdyby zaś zdarzyło się, iż wszyscy czterej zaklęci rycerze zostaną jednego dnia pokonani, tedy zaklęcie wiążące wiatry na wyspie zostanie złamane na zawsze. Lecz jeśliby do walki stanął nie ten, komu przeznaczone jest pokonać danego zaklętego rycerza, zginie niechybnie, choćby największym był rycerzem na świecie. Pan Aliduk przyznał, iż rozmyślał o udaniu się do tego zamku, ale dowiedziawszy się od przewodnika jakie zadanie musiałby wykonać, rozmyślił się i powrócił do siebie. Ta opowieść księcia napełniła rycerzy nadzieją, bo wszak na wyprawie wojennej będąc, jak najszybciej się z wyspy wyrwać chcieli, tymczasem wiatr miał wiać dopiero za dwa i pół roku. Postanowili tedy wszyscy następnego dnia do zamku się wybrać i szczęścia spróbować.

Podczas uczty wspomniał jeszcze książe o zjawie swej ukochanej Tianny, która mu się nocą na plaży objawia, bowiem od dwóch lat mszy nie słuchał, po tym jak ojciec Feliks, jedyny ksiądz na wyspie głos stracił i szeptać jeno mógł cicho. Patrick poszedł nawet na plażę zjawy owej szukać, ale niczego nie znalazł. W głowie zaś mając wyzwanie, którym był Zamek Róży Wiatrów, żaden z rycerzy zjawą się nie zainteresował, woląc się porządnie wyspać przed czekającą ich dnia następnego przygodą.

Jak postanowiono tak zrobiono. Dnia następnego skoro świt wyruszyli rycerze, a to mianowicie pan Le Petit, pan Brion i pan Vincent, wraz z panem Alidukiem i giermkiem Patrickiem, oraz wiedźmą, panią Mogar do Zamku Róży Wiatrów. Zanim jeszcze przybyli na miejsce zastąpił im drogę duch wiatru – Ariel, który z woli czarnoksiężnika był przewodnikiem dla rycerzy, chcących próbę podjąć. Rzekł im tedy mniej więcej to, co już od pana Aliduka wiedzieli, ostrzegł także, żeby do donżonu za nic nie wchodzili. Wszedłszy do zamku ujrzeli wszyscy dziedziniec czarnymi kamieniami wybrukowany, z Różą Wiatrów w środku białymi kamieniami uczynioną i wielkim donżonem, z jednymi jeno drzwiami i wysoko umieszczonymi małymi okienkami. Przy każdej z bram stał rycerz w pełnej zbroi, z nagim mieczem i twarzą ukrytą w garnczkowym hełmie. Były to duchy zaklęte mocą czarów w rycerskie zbroje, całkiem jednak wymowne i jak się rychło okazało, swoje zwyczaje mające. Stanąwszy tedy na owym dziedzińcu, pomiędzy zaklętymi rycerzami, jęło się całe rycerstwo, wraz z towarzyszącą wiedźmą, giermkiem i księciem Alidukiem, srodze nad zagadką zamku zastanawiać.

Pierwszy rzekł pan Vincent, że może każdy walczyć ma z tym rycerzem, który jego bramy rodzinnej jest najbliżej, to znaczy na tę stronę skierowaną z której pochodzi. Na to młody giermek Patrick, który dopiero ośmnaście miał wiosen i gorącą głowę, pierwszy przed rycerzami na północnego ducha rzucić się chciał, bo jak twierdził, on najbardziej z północy pochodził. Odwiedli go od tego rycerze i dobrze, bo jak się potem pokazało, nie on był północnemu rycerzowi przeznaczon, tedy niechybnie głowę by dał.

Potem znowu pan Aliduk, któremu tymczasem pan Vincent obiecał był, że go zastąpi na wyspie Re, tak że będzie mógł, nie naraziwszy na śmierć rodziny, na wojnę jechać, z pierwszym lepszym duchem walczyć chciał. I jego odwiedli rycerze, choć jak się później okazało, śmierć chyba była mu pisana.

Z kolei pan Brion z panią Mogar, wypytawszy wszystkich rycerzy, odkryli że jeden z nich kłamliwym był. Tedy się jęli wszyscy zastanawiać, coby to miało znaczyć. Jednym się zdawało, że to ów czarnoksiężnik udający ducha, a pan Le Petit nawet wgłąb przyłbicy mu zajrzał, a potem w nią dmuchnął aby się o jego duchowej substancji upewnić. Inni znów sądzili, że trzech jest prawych rycerzy dla trzech pasowanych, czwarty zaś dla człeka podlejszej kondycji, choć nie było wiadomo, ktoby to miał być – pan Aliduk, czy Patrick, a może pani Mogar ?

Na tych rozważaniach upłynęła reszta dnia i całą kompania na noc w zamku zostać postanowiła, zaś pan Aliduk, zniecierpliwiony ponad miarę przyrzekł uroczyście, iż jeżeli do świtu nikt ze szlachetnych rycerzy do walki nie stanie, tedy on wyzwie jakiego zaklętego rycerza. Przed świtem wszyscy się zbudzili, aliści żaden z rycerzy dalej nie wiedział z kim ma walczyć, tedy giermek Patrick, wciąż swe północne pochodzenie mając na myśli, wyzwać północnego rycerza postanowił. Kiedy jednak naprzeciw rycerza wystąpił, ten o spełnienie z nim pucharu wina poprosił, bo jak rzekł, wielkim był wina smakoszem, a jeno przy okazji pojedynków wolno mu było je pijać. Tu niektórym znowu zdało się, że to jakiś podstęp czarnoksięski, ale szczęściem pan Vincent, który sam był wielkim opilcem, podobieństwo do siebie samego w onym rycerzu niespodzianie ujrzał. Tak też zaraz o tym powiedział pozostałym rycerzom, a obszedłszy pozostałych zaklętych rycerzy poznał ich upodobania. Tak więc rycerz północny był wielkim wina smakoszem, południowy szaty bogate ofiarowywał, wschodni wielce rozważnych przeciwników cenił, zaś zachodni o nic nie dbał i każdego pokonać był pewnym.

Kiedy tedy pan Le Petit usłyszał, że rycerz zachodni żadnych słabości i upodobań nie miał, a jeno wielką odwagę, przez którą z każdym walczyć chciał, jego wybrał do walki i zaraz pierwszy na pojedynek go wyzwał. Runęli na siebie obaj rycerze – zaklęty i zwyczajny – i wymieniali ciosy tak potężne, że iskry spod mieczów szły na cały dziedziniec. Zrazu pan Le Petit ranion został, ale nie zważając na ranę w czwartym zwarciu przeciwnika rozpłatał, przy czym wiatr wielki się zerwał.
Widząc to najpierw pan Brion, a później pan Vincent wyzwali każdy swego rycerza, pan Brion wschodniego, zaś pan Vincent północnego i także dzielnie stając pokonali ich, dwa inne wiatry wyzwalając. Zatem i pan Aliduk, który panem możnym był i wielkodusznym bardzo, wyzwał ostatniego rycerza, to jest południowego. Niestety ! Widać nie był panu Alidukowi ten rycerz przeznaczony, bowiem jednym cięciem przerąbał księcia, którego ciało wiatr wielki zaraz porwał i w morze cisnął.

Jednego zatem jeszcze rycerza brakowało, żeby zaklęcie wiatry na wyspie Re wiążące rozproszyć i wszystkim się zdawało, iż może to być młody Patrick, który jednak tymczasem niespodzianie ku statkowi odjechał ! Popędził za nim pan Vincent i dobrze się stało, jako że tymczasem Clarence widząc że się wiatr zerwał postawił żagle i w szaleństwie próbował z wyspy sam odpłynąć. Na szczęście, do posłuszeństwa wezwawszy, zdołał go pan Vincent z drogi zawrócić i statek na powrót do brzegu przybił. Tedy pan Vincent zawrócił Patricka do Zamku Róży Wiatrów, żeby walkę z ostatnim rycerzem stoczył.

Tymczasem w zamku pozostająca pani Mogar, która przecież wiedźmą była zamieniła się we wróbla i przez wysoko w murze uczynione okno, do donżonu wleciała. Tam czarnoksiężnika śpiącego ujrzała, a wokół niego pióra, proszki, mikstury i składniki przeróżne do czarowania potrzebne, a także księgę magiczną grubym łańcuchem przykutą. Ściany zaś całej wieży były od środka magicznymi znakami popisane. Zdążyła pani Mogar to wszystko ujrzeć i nawet woreczek mały z czarodziejskim proszkiem porwać, kiedy napadła na nią sowa, na stałe w wieży czarnoksiężnika mieszkająca. Musiała zatem pani Mogar w postaci wróbla czym prędzej umykać i za pazuchę pana Le Petit przed sową się schować, ale woreczek czarnoksięski ze sobą wzięła i po przemienieniu się na powrót w swą zwyczajną postać, od rycerza go odebrała.

Patrick tymczasem, do Zamku Róży Wiatrów jadąc napotkał Ariela, który od walki z ostatnim rycerzem i złamania mocy zaklęcia go odwiódł. Nie rzekł giermek co mu duch powiedział, ani dlaczego z drogi zawrócił, zapierał się jeno, iż woli umrzeć, niźli z zaklętym rycerzem walczyć. Ale, że wprzódy bardzo się do walki wyrywał, poznali rycerze, że nie z tchórzostwa to czynił i nie pytali go więcej, ani nie przymuszali, by ich wolę wypełnił.

Tak tedy, ostawiwszy ludzi na wyspę Re zesłanych pod opieką ojca Feliksa, wsiedli rycerze wraz z giermkiem i panią Mogar na statek i ku brzegom Francji odpłynęli.


(*) Rozdział XVIII opowiadał o tym jak pan Le Petit pomógł pewnej damie ocalić honor niewieści, wykazując się przy tym szlachetnością i dyskrecją (sic!), zaś rozdział XIX obszernie opisywał czyny chwalebne pana Le Petit podczas zdobycia Bordeaux, które jednak jeszcze nie nastąpiło (:)), tedy rozdział ten nie został jak na razie przedstawiony.

(**) Rozdziały prezentujące faktyczne dokonania sir Christiana, a przypisane panu Le Petit nie są przedstawiane osobom biorącym bezpośredni udział w wydarzeniach. Sir Christian wyśpiewuje je podczas fazy zimowej, kiedy stara się zawsze znaleźć w nieznanym mu jeszcze gronie, mając nadzieje że kiedy opowieści te dojdą do uszu faktycznych ich bohaterów, ci zgodnie z prawdą zastąpią pana Le Petit panem Christianem i tak legenda ‚rycerza niezłomnego’ (wraz ze wszystkimi jego fikcyjnymi dokonaniami) przejdzie zwolna na małego spryciarza…

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Pendragon, Pendragon - Kampania druga ,

Comments are closed.