Smocza jama

Ostatnia, finałowa sesja w kampanii „smoczej”. Zrobiła na mnie duże wrażenie zwłaszcza w końcówce, którą Mistrz zaimprowizował, jak się potem sam przyznał. Już sobie modelowałem Armanda poszukującego świętego Graala w postaci księżniczki z portretu, ale to była ostatnia sesja ktorą nim zagrałem: 15 maja 2000, poniedziałek.

Jak tak teraz o tym myśle, to mi szkoda i kto wie – może dałoby się wrócić do naszej ‚wielkiej czwórki’ (zamienionej teraz na ‚wielką piątkę, szóstkę, siódemkę…’ :) na kilka sesji ?


„Po chwili przerwy przepytalismy ponownie gobliny bo zdazylismy zapomniec co mowili (roznica czasow…) i ustalilismy plan dzialania: idziemy do pobliskiego goblinskiego zamtuza, gdzie urzeduje niejaka Guwen, u ktorej czesto przesiaduja cztery gobliny odpowiedzialne za kradziez smoczych mlodych. Rutgher nazbieral do worka nieco goblinskich glow a ja powycinalem sobie z nich jezyki do czarow. Potem wyruszylismy w droge prowadzeni przez przewodnika (drugi zszedl byl w miedzyczasie). Po chwili bylismy juz na
miejscu i ukryci w bocznym korytarzu probowalismy dowiedziec sie po goblinsku o ktoregos z nich. Co prawda zadnego nie bylo, ale Guwen wspomniala ze poszli do opuszczonych korytarzy gdzie inne gobliny nie chodza.

Niestety – znow potwierdzilo sie ze ciekawosc pierwszym stopniem do piekla – goblinka musiala wylezc ze swego przybytku zeby zobaczyc kto gada no i… Rutgher musial ja dziabnac. Wystraszona Guwen przedsmiertnie narobila krzyku, zbieglo sie troche miejscowych wiesniakow i skonczylo sie mala bitwa. Na szczescie wygralismy i bez wiekszych przeszkod przeszlismy przez cala goblinska wioche do kamiennego, starego, krasnoludzkiego mostu prowadzacego w glab opuszczonych przez gobliny jaskin. Tu porzucilismy naszego przewodnika (do przepasci) i sami zapuscilismy sie w labirynt po ktorym jak mielismy nadzieje buszowali goblinscy kidnaperzy.

Najpierw troche lazilismy po jaskiniach, Rutgher znalazl goblinska kupe, ktorym to znaleziskiem podzielil sie z Erykiem (ktory jak pamietamy poznal doglebnie zagadnienie podczas przeprawy przez goblinska „pulapke”), az w koncu gdzies z przodu uslyszelismy glosy dwoch zloczyncow. Eryk i Rutgher sprawnie ich obezwladnili i wkrotce mielismy nowego przewodnika (drugi byl zbyt wymowny…) Teraz juz niejako z pierwszej reki dowiedzielismy sie jak sie sprawy maja. Gobliny przez szczeline wyzlobiona przez wode wsliznely sie do leza smoka wymoszczonego zdaje sie w starozytnych krasnoludzkich halach. Pokraki porwaly dwa z trzech jego jaj i wyniosly je do jaskin zeby wychowac sobie wlasne smoki i „byc wielka goblina”. Rozjuszony smok zawalil szczeline tak ze dojscie tamtedy jest odciete – pozostalo jedyne wyjscie przez goblinska wioske. Z jednego jaja wyklul sie juz maly smok, a drugie lada dzien ma peknac. Dwaj pozostali hodowcy smokow dokarmiaja i pilnuja wlasnie mlodych.

Skuszone obietnicami przezycia gobliny poddaly sie bez walki i moglismy nareszcie przyjrzec sie legendarnym istotom, o ktorym w Imperium nic pewnego nie bylo wiadomo od niemal 200 lat… Druzyna zmeczona jednak walka i lazeniem po jaskiniach (?) zamiast choc obejrzec z bliska mityczne stworzenia wziela sie ochoczo za odpoczywanie (ja) lub dyskusje natury finansowej (za ile i komu sprzedac male smoczki…). W koncu jednak przyszlo opamietanie i zaczely sie ochy i achy nad sympatycznym gadziatkiem. Nawet pragmatyczny Rutgher skruszal widzac jak smoczatko lasi sie i ociera pieszczotliwie, byl chyba nawet sklonny odstapic od projektu sprzedania stworzen w niewole. Po burzliwej dyskusji, ktora odbylem w stanie upojenia alkoholowego (trzeba wszak bylo oblac pierwsze przyjacielskie spotkanie czlowieka i smoka po 200 latach separacji…) zapadla mniej wiecej spojna decyzja zeby zabrac smoczki do wyjscia a dalej sie zobaczy… Trzy ocalale gobliny zostaly zagonione do niesienia jaja a Eryk zaprzagl sie do ciagniecia smoczka i ruszylismy.

Gobliny z wioski wykazaly nadzwyczajny u tego gatunku rozsadek i zamiast zagradzac nam droge pulapkami ulozyly z kamieni drogowskazy prowadzace do wyjscia… No i tu zapewne doszloby do nowej fali klotni co dalej, ale na szczescie smok rozwiazal problem za nas. Otoczyl trollami wyjscie z goblinskiej dziury i sam polozyl sie opodal czekajac na paralmentariuszy… Najbardziej repezentatywny i wygadany Schrenckt podjal sie negocjacji. Okazalo sie rychlo ze smoczyca (to byla mama !) od poczatku sobie wszytsko zaplanowala – atakami na wsie wzbudzila zainteresowanie licznych
poszukiwaczy przygod, majac nadzieje ze Ci odnajda i odzyskaja jej dzieci (*) ktore nastepnie jej oddadza (dobowolnie lub nie). W zamian za swoje mlode zaoferowala nam bezpieczenstwo i skarb z krasnoludzkiej siedziby w ktorej ulozyla sobie leze. Ale warunek: po skarb moze sie wybrac tylko jeden z nas, ktorego przeniesie pod woda (wejscie od jeziora jak sie domyslalismy).

Po glosowaniu kto sie najlepiej nadaje do pozyskania bogactw padlo na mnie – przesadzila umiejetnosc odrozniania magicznych przedmiotow. Wpasowalem sie wiec pod smocze skrzydlo i z fascynacja typowa dla czarodzieji i małych dzieci chlonalem wszystkie wrazenia podrozy. Najpierw smoczyca wzbila sie wysoko w powietrze, a potem zanurkowala w dol, ku tafli jeziora. Szum powietrza cietego smoczymi skrzydlami przeszedl w huk kiedy uderzylismy w tafle wody i bulgot kiedy nurkowalismy ku podwodnemu wejsciu. Po kliku minutach wynurzylismy sie z wody w wydrazonej wewnatrz gory jaskini – tafla wody pod nami blyszczala blekitnawym blaskiem oswietlajac pionowe sciany wysokiej
jaskini. Smoczyca wznosila sie majestatycznie w gore i w koncu wyladowala na skalnej polce dobre kilkanascie metrow nad tafla wody fosforyzujaca blekitem. Smoczyca bluznela ogniem na sciane i w migotliwym blasku ognia ukazaly sie moim oczom czesciowo zrujnowane, prastare krasnoludzkie korzytarze. Nie bylo mi jednak dane pobuszowac w nich na wlasna reke – moja przewodniczka wskazala mi korytarz prowadzacy do skarbca, gzdie czekala nagroda.

Przeszle tysiaclecia zmienily w proch wszystkie sprzety ktore kiedys wypelnialy te komnaty – posrod kupek popiolu i gruzu walaly sie zlote okucia i resztki zdobien, na scianach nieco jasniejsze miejsca swiadczyly ze niegdys wisialy tu gobeliny. W krotkim korytarzyku na ziemi zachowal sie jasniejszy rysunek jakby kiedys lezal tu szkielet, a obok – wypadly z jego dloni kilka tysiecy lat temu sztylet z mithrylu. Jedne jedyne nie skruszale do reszty drzwi zamykaly droge do skarbca. Najpierw probowalem znalezc mechanizm otwierajacy, potem po krasnoludzku staralem sie znalezc slowo-klucz otwierajace skarbiec, w koncu znalezionym sztyletem wydlubalem w drzwiach otwor przez ktory wlamalem sie do skarbca.

Przez chwile stalem oniemialy – mimo ze zylem swego czasu wsrod przepychu i bogactwa ogrom zgomadzonych tu skarbow przygniatal i paralizowal. Sciany wylozone zostaly zlotymi plaskorzezbami wykonanymi przez dawno zapomnianych krasnoludzkich mistrzow, wielkie skrzynie pelne byly monet i drogich kamieni, na polkach staly misterne puchary i skrzynki. Na wprost wejscia na scianie wisial samotnie wielki obureczny topor. Runy na jego ostrzu blyszczaly swiatlem. Na srodku skarbca, na podwyzszeniu stal przezroczysty
kamien wielkosci ludzkiej glowy. Przez jego tysiace szlifowanych powierzchni swiatlo plynace z runow na ostrzu topora rozpryskiwalo sie na drobne iskierki, ktore oplywaly cala komnate, odbite od zlota i przepuszczone przez niezliczone drogie kamienie.

Po chwili otrzasnalem sie z zachwytu i sprobowalem mozliwie trzezwo zastanowic sie co wybrac jako nagrode. Obchodzac ostroznie komnate i badajac wszystko co bylo mozna przygotowalem prezenty dla kazdego z naszej siedmioosobowej druzyny (Zak i altdorfscy kusznicy tez sie zalapali). Wynioslem wszystko z komanty na skalna polke gdzie oczekiwala smoczyca i wrocilem po topor dla Eryka, podejrzewajac w swej malostkowosci ze w
polaczeniu z olbrzymim krysztalem moze on byc rodzajem pulapki na chciwych zlodzieji. Przygotowalem sobie duze wyjscie, wezwalem moc latania i z dusza na ramieniu i nerwami napietymi jak postronki chwycilem za topor.

Kiedy jednak zdjalem go ze sciany nic sie nie stalo… To znaczy nie stalo sie nic zlego – z odslonietego otworu poplynal strumien swiatla, przeniknal przez pozostawiony przeze mnie krysztal na srodku komnaty i padl na sciane nad wejsciem. I tam gdzie wczesniej byla lita jak mi sie zdawalo sciana ukazala sie polka a na niej portret cudownej urody kobiety. Powierzchnia portretu delikatnie falowala i wydawalo mi sie jakby kobieta – bez watpienia
elfia ksiezniczka – uniosla reke i usmiechnela sie do mnie…. Podszedlem blizej i zdjalem portret ze sciany – elfka podniosla reke w powitalnym gescie i jeszcze raz cieplo sie usmiechnela… Dotknalem reka portetu (?) i poczulem dotyk delikatnej kobiecej dloni… Powitalem ja ale nie odpowiedziala… Czekala tu osiem tysiecy lat… Po dluzszej chwili kiedy
mysli i uczucia przeplywaly przeze mnie zdecydowalem. Wyrzucilem z plecaka misterne krasnoludzkie cudenka i znalazlszy zlote pudlo mieszczace portret wlozylem do niego ksiezniczke. Zapakowalem pudlo do plecaka i wrocilem do smoczycy. Zanim odlecielismy zapytalem ja o postac na portrecie. „Dobrze wybrales, zachowaj ja przy sobie i nie pozwol jej zabrac zlym ludziom. Nie ma nic gorszego niz trwanie w samotnosci. Zapytaj o nia madrych ludzi, albo elfy z Lorien”. Wlozylem pudlo z ksiezniczka ponownie do plecaka i przytulilem sie do smoczego boku. Wielkie  skrzydla smoczycy rozpostarly sie znowu i ruszylismy w droge powrotna.

(*) Tak mi sie cos wydaje ze Mistrz wpadl na pomysl przypisania autorstwa planu smoczycy dopiero niedawno, bo w przeciwnym razie po co mialaby ona atakowac potencjalnych wybawcow i robic sobie z nich wrogow. No ale co tam – ktoz z nas zna i rozumie smoki ??? ;)))”

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Warhammer, Warhammer I ,

Comments are closed.