hrabia Armand Xavier d’Aurillac

Armandem grałem wyjątkowo długo – z przerwami jakieś cztery lata – więc nic dziwnego, że z dumnego i nieco ekscentrycznego paniczyka zmienił się w końcu w zeszmaciałego, złośliwego i nader ciekawskiego czarodzieja ze śladową jedynie dozą godności. Takie życie :) Poniższy opis to „orginalny” Armand, stworzony tak, bym ani ja ani Mistrz nie musiał się wysilać na motywowanie go do pakowania się w kolejne kabały.


„Urodziłem się czwartym synem bogatej rodziny hrabiowskiej d’Aurillac w zamku Chant Manson, rodowej siedzibie mojego rodu, w północnej Bretonii. Moi rodzice nie byli już najmłodsi i prawdę mówiąc, podejrzewam że byłem radosną niespodzianką jaką zgotował im los na jesień życia. Mimo tego, a może dzięki temu zawsze od kiedy sięgam pamięcią, byłem „bobaskiem”, „kruszynką”, „cherubinkiem” i podobnymi miłymi stworzeniami, nie dorastając praktycznie nawet do wieku młodzieńczego, cóż dopiero mówić o męskim! Trwoniąc czas najpierw na zabawach, a potem w miarę upływu lat na polowaniach i balach, izolowany od wszelkich mogących zagrozić memu beztroskiemu „dzieciństwu” przeciwności losu, nie zdawałem sobie sprawy ani z niebezpieczeństw świata, ani też jego uroku…

Nie wiem kim byłbym teraz, czy 21-letnim „bobaskiem”, czy może złośliwym, rozkapryszonym paniczykiem, gdyby nie zaraza, która pięć lat temu, w szesnastym roku mojego beztroskiego żywota spadła niczym grom z jasnego nieba na północne hrabstwa Bretonii. Mimo szybkiej ucieczki z rodzinnego zamku to właśnie ja – ukochany „syneczek” państwa stałem się jedną z pierwszych jej ofiar.

Po raz pierwszy zostałem sam. W odmętach choroby nie było czuwających wiecznie niań, nauczycieli, rodziców, braci, … nikogo. Byłem tylko ja sam – nieświadomy niczego, trawiony gorączką umysł i słaba, dopiero co przebudzona z letargu dusza, zamknięte w delikatnym, cherlawym szesnastoletnim ciele. Zdawało się że mój los jest przesądzony – czarna zaraza powalała najsilniejszych mocarzy – a jednak w pięć lat po tamtych wydarzeniach wciąż żyję…

Niektórzy mędrcy twierdzą że tego roku zaraza była zbyt gwałtowna, zbyt wysokich tronów dotknęła swymi czarnymi paluchami by uznać ją za naturalną, wybuchającą czasami w biednych dzielnicach zatłoczonych miast. Podejrzewano gniew Bogów, atak Chaosu i inne jeszce siły o jej spowodowanie – jak było nie wiem, ale to Moc była siła która ocaliła mnie wtedy od niechybnej śmierci. Pogrążony w gorączce, dręczony koszmarami uciekłem na samo dno mojej duszy i tam odnalazłem ją – moją Moc. Była tam od kiedy się urodziłem, ale pogrążona we śnie, nierozbudzona. W najtrudniejszej godzinie uczepiłem się tej jedynej siły jaką znalazłem i pokonałem nią słabość mojego ciała.
Obudziłem się już nowym Armandem – nie „cherubinkiem” i „puchatkiem”, ale dorosłym mężczyzną, świadomym pojęcia słabości, trudu, niebezpieczeństwa i śmierci, bogatym w wiedzę jak z nimi walczyć, silnym i zdecydowanym. Przynajmiej tak mi się wtedy wydawało…

Brzydząc się do granic możliwości uzależnieniem od rzeszy opiekunów i wiedziony „świętą misją” zapragnąłem opuścić rodzinę i wyruszyć w szeroki świat szukać poznania, mądrości, siły, i paru innych rzeczy które udało mi się wymyślić. No nie, nie myśl czytelniku że jestem bezdusznym potworem, świadom jestem miłości rodziców, przywiązania służby i … potrzeby luksusu. Wszystkiego tego często mi brakuje, ale wtedy gotów byłem pożegnać się z tym bez żalu, choć starałem się nie sprawiać nikomu niepotrzebnego bólu. Rodzice najpierw ostro protestowali, ale okazali się bezbronni wobec swojego ukochanego syneczka. Koniec końców osiągnęliśmy kompromis – zostałem oddany w termin staremu Louisowi z Chambrou – sławnemu niegdyś czarodziejowi, rozkoszującemu się zasłużoną emeryturą w swojej samotni.

Trzy i pół roku przepracowałem u maga rąbiąc drzewo, nosząc wodę, szorując podłogi i czasami asystując w zabawnych eksperymentach mojego pryncypała. No cóż, poczciwy Louis dość się już w życiu naeksperymentował i nie zamierzał ryzykować swej siwej głowy, poprzestając na działalności edukacyjnej. Trzeba jednak przyznać, że nauczył mnie całkiem sporo i choć nie przeżyłem w czasie tych trzech i pół roku chyba nic ekscytującego, to jednak nie żałuje ani dnia z tych które u niego spędziłem.

W końcu jednak nadszedł dzień, kiedy nie udało mi się dobudzić Louisa, ani zapachem jajecznicy na boczku, ani szarpaniem za ramię, ani nawet łzami żalu które popłynęły mi z oczu grubymi strugami… Pochowałem go w ogródku za domem, zabrałem parę drobiazgów, zamknąłem wieżę i odszedłem szukać własnego losu.

To było rok temu, w rodzinnym Chant Manson władał już wtedy mój brat Robert i długo tam nie zabawiłem. Wzywał mnie świat ze wszystkimi swoimi dziwami, które wyśniłem przez lata terminowania, wzywała mnie Sztuka, która właśnie zaczynała się we mnie krystalizować i wzywała mnie własna dusza, spragniona prób i zwycięstw, doznań i mądrości. Postanowiłem pędzić życie obieżyświata.

Dziś, po zaledwie roku takiego życia, choć poznałem już radość zwycięstwa i gorycz porażki, ogień miłości i lód nienawiści, te wszystkie wezwania brzmią we mnie jeszcze głośniej i wyraźniej. Kto wie co napiszę ze rok?”

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Warhammer, Warhammer I ,

Comments are closed.