Sierotki Marysie i krasnoludek

Tą zimę cała trójka przyjaciół spędziła (niestety !) osobno. Lady Engered w zamku swego tatusia, sir Brion podróżując do rodzinnej Irlandii, a sir Cedric pasąc owce sir Gwerna… eee tj. pilnując owiec, eee tj. włości sir Gwerna.

Jest już jednak późna wiosna, właściwie lato i czas najwyższy aby zgrana drużyna wyruszyła jak co roku ku nowemu wyzwaniu. I oto lady Engered z sir Brionem zjeżdżają do Wuerensis gdzie sir Cedric dogląda Gwernowych owiec… eee tj. wypełnia powinności drużynnika. Po gorącym powitaniu (‚…pani, przez cały rok nie widziałem kobiety tak pięknej jak ty, obracałem się bowiem wśród owiec…’) przyjaciele wymieniają
[ Osoby odpowiedzialne za wplatanie w treść opowieści wątków z owcami zostały skazane na śmierć przez pojedynek z sir Cedricem więc wątki te nie pojawią się więcej w dalszej części ]

Goszcząc na dworze sir Gwerna przyjaciele są świadkami przybycia posłańca z klasztoru Old Avon, posłańca niezwykłego – siedmiostopowego Sasa w mnisim habicie – który przedstawia się jako ‚brat Haakon’ (choć może ‚Hakon’ jako że brat nie dość że mówi nadzwyczaj powoli to jeszcze się jąka…). Posłaniec przynosi wieści że w nocy z czwartku na piątek z przyklasztornego sierocińca uprowadzono niemal wszystkie dzieci.

Ocalała tylko dziewczynka imieniem Ailin, która w czasie porwania była poza klasztorem towarzysząc braciom w zbieraniu dziesięciny. Ailin widziała domniemanego porywacza noc wcześniej kiedy jeszcze była w klasztorze – miał postać powykręcanego, cuchnącego karła, który groził że zabierze wszystkie dzieci. Przestraszone sierotki pobiegły do opata ale ten sądził że chcą się wykpić od postu i wymyśliły sobie bajeczkę o jakimś karle. Następnej nocy wszystkie będące wtedy w sierocińcu dzieci znikły. Mnisi sądzą że uprowadzenia dokonał jakiś potwór z Krainy Czarów, bo jasnym jest że jedenaścioro dzieci nie poszłoby dobrowolnie i bez krzyków za jakimś karłem, gdyby nie rzucił on na nie straszliwego czaru. Sir Cedric jako najbardziej spośród Gwernowych drużynników biegły w czartowskich sprawkach, bywalec Krainy Czarów, posiadacz zaczarowanej tarczy i jutowego worka pełnego najpewniej zaczarowanych liści i szyszek (okup od Entamielowego koniuszego) zostaje przez swego suwerena polecony Haakonowi. Dzielny rycerz oczywiście nie uchyla się od zewu przygody i tak cała drużyna wyrusza na kolejną wyprawę.

Do klasztoru śmiałkowie przybywają pod wieczór – Ailin już śpi, więc zostaje jedynie rozmowa z opatem Wilburem i oględziny miejsca zbrodni, gdzie lady Engered znajduje skrawek czerwonej, wełnianej nici. Następnego dnia w rozmowie z ocalałą dziewczynką pojawia się więcej szczegółów – karzeł miał czerwony wełniany kubrak (nić !), garb i śmierdział jak chłopi na jarmarkach – prawdopodobnie piwem i czosnkiem. Padają pierwsze propozycje podejrzanych – ojciec kowala (jest bardzo pokręcony, a kowal nie lubi Sasów wiodących w klasztorze mnisi żywot), Żydzi (jedzą cebulę i ponoć okazjonalnie także dzieci), pan na Orlay (klasztor stoi na ziemi o którą jakieś 20 lat temu tenże wielmoża toczył proces) i ostatecznie rzeczywiście jakiś mieszkaniec Krainy Baśni – może puk, lub annis ?

Zabrawszy Ailin drużyna wyrusza do pobliskiej wsi sprawdzić niektóre tropy – ojciec kowala definitywnie odpada (Ailin: ‚jak można być tak starym…’), Żydów jakoś nie widać (obersturmbanfuhrer Cedric jest nieco rozczarowany), a wiejska ludność niewiele wie o leśnych stworach i o Krainie Czarów. Jest za to nowy trop – włóczęga Rob, który co tydzień w środę przybywa na jarmark zadziwiająco dobrze przystaje do opisu ‚pokręconego, śmierdzącego piwem karła’. Ale że to akurat czwartek tedy na Roba nie ma co czekać więc śmiałkowie wracają do klasztoru, gdzie z nudów szukają śladów wokół sierocińca.

I tu czeka ich niespodzianka – oczywiście śladów porywacza sprzed tygodnia już nie widać, ale są świeżutkie wczorajsze odciski obutych stóp prowadzące z lasu do okna sierocińca i z powrotem ! Idąc za nimi dama i rycerze docierają do starej drogi prowadzącej do Orlay, która obecnie jest już mocno zarośnięta krzakami. Tu znajdują ślady kopyt ciężkiego konia – może rycerskiego rumaka ? Czyżby więc rzeczywiście pan na Orlay po ćwierćwieczu zapragnął wywrzeć pomstę na klasztorze i to za pomocą niewinnych dzieci ?! Po krótkiej naradzie rodzi się plan – sir Brion stanie na czatach na drodze do Orlay gdzie tajemniczy gość zsiadł z konia, a lady Engered z sir Cedricem wrócą do sierocińca i w miłej, intymnej atmosferze we dwoje… przygotują drugą część zasadzki.

Wszystko rozwija się pomyślnie – sir Cedric spragniony damskiego towarzystwa po półroczu spędzonym wśród owiec [ Łup!!! Auuu!] drobnymi kroczkami zbliża się do celu, lady zaczyna się rozluźniać, podaje właśnie niezwykle interesujący temat ‚miłości dworskiej’, kiedy obmierzły karzeł pojawia się i wszystko psuje ! Wskakuje przez okno nad leżącym pod parapetem sir Cedricem i bieży w kierunku udającej małą Ailin lady Engered – oboje zrywają się i rzucają na natręta. Niestety karzeł najwyraźniej ma ogromne doświadczenie w wykręcaniu się sianem (to tłumaczy dlaczego jest taki pokręcony) – wyrywa się obojgu, przemyka pomiędzy nielicznymi zaspanymi mnichami i rzuca się w las.
Rozpoczyna się szalony pościg w ciemnościach przez krzaki ! (Żart wieczoru: zasapana lady Engered biegnąc za karłem: ‚…kiedy indziej… opowiem ci… o tej miłości…. dworskiej… sir Cedricu…’).
Nagle biegnący jako pierwszy sir Cedric widzi nagle przed sobą błysk klingi !  Łup, brzdek, uff ! Na szczęście zbroja wytrzymała uderzenie sir Briona który w ciemnościach pomylił przyjaciela z wrażym karłem… Teraz już cała trójka pędzi za uciekinierem i wypada na drogę, ale tu przejście zagradza wysoka postać siedząca na koniu… Ciało rycerza okrywa porozrywana i pordzewiała kolczuga, z ramion zwisają strzępy płaszcza… kiedy w milczeniu podnosi rękę z kopią przez oczka kolczugi przesącza się blask księżyca – upiór !!! Ale nieustraszony sir Brion, dosiadłszy swego rumaka pochyla kopię i rusza na widmowego przeciwnika. I oto nagle upiór rzuca swoją kopię pod nogi pędzącego na niego rycerza, zawraca konia i zmyka ! Sir Brion zmylony tym nagłym manewrem fika koziołka przez koński kark i ląduje na ziemi. Pozbawionego jeźdźca rumaka dosiada jednak sir Cedric i rusza w pościg za fałszywym upiorem.

Szalona jazda przez noc trwa długo i kończy się pod palisadą okazałego rycerskiego kasztelu – czy to aby nie Orlay ? Brama jest zamknięta ale sir Cedricowi udaje się z konia wspiąć na palisadę i wskoczyć do środka – widzi konia i rozkulbaczającą go postać, chce podkraść się bliżej, ale pojawia się jakiś kundel, zaczyna ujadać i dzielny rycerz chcąc uniknąć wykrycia musi salwować się ucieczką. Wraca więc do reszty i opowiada im co widział.

Podsumowawszy fakty drużyna postanawia jechać do Orlay, zabierając ze sobą małą Ailin, aby pan kasztelu – jeśli to on stoi za porwaniem – zechciał przyjąć podróżnych – ot taka przynęta. Dziewczynce ma towarzyszyć znajomy braciszek Haakon – dziecko zna go i chyba lubi, a jakby przyszło co do czego to wielki Sas może się przydać. Aha – mały drobiazg, ale jak się okaże później – ważny. Otóż okazuje się że obaj Sasi – Eryk i Haakon zbierają z pomocą Ailin chrust i pakuły na wielkim wozie nieopodal klasztoru – ponoć potrzeba dużo ognia do warzenia gorzałki, a tym obaj się zajmują. Śmiałkowie bez mrugnięcia powiek kupują ten bajer, a szkoda…

No ale nic – bohaterowie jadą zbadaną w nocy przez sir Cedrica drogą i docierają do wsi leżącej nieopodal tajemniczego kasztelu. Wypytują o porywające dzieci karły i dowiadują się że dzieciak smolarzy został uprowadzony ponoć przez jakiegoś karła, ale wyrwał się i uciekł. Postanawiają sprawdzić ten trop i jak się niebawem okaże jest to początek dramatu. Rzeczony dzieciak jest co prawda bardzo uczynny i chętnie opowiada jak to karzeł spił go winem a potem rzucił na niego jakieś czary, ale ma krnąbrnego i wysoce niepolitycznego wuja, który nie dość że chowa się przed rycerzami w lesie zamiast ich ugościć, to jeszcze straszy ich kuszą i – co najgorsze – poważnie uraża ich miłość własną, twierdząc że ma ich ‚w dupie’.

Hmm… na takie zuchwalstwo rycerze nie mogą dozwolić ! Pokładłszy tedy uszy po sobie pozornie wycofują się, sprawiwszy tym chamstwu wiele radości, ale chyłkiem wracają. Niestety – sir Cedric pechowo wpada w zastawioną przez bezczelne chłopstwo pułapkę – oberwawszy po łbie ciężkim dzbanem wypełnionym piachem pada bez czucia. Pozbawiony towarzysza sir Brion rozważnie postanawia wycofać się. Opatrzony naprędce sir Cedric podąża do Orlay z łbem napuchniętym jak bania. Ale to dopiero pierwszy akt dramatu.

Tymczasem jednak śmiała drużyna dociera do kasztelu Orlay. Sir Amlynn – surowy człek lat około czterdziestu, zaprasza ich w gościnę. Wiadomo było już wcześniej że jest on (podobnie jak sir Cedric) wyznawcą starej religii, a rychło okazuje się że także starego prawa – zamiast poddanych woli niewolników, zaś kobiety traktuje – mówiąc łagodnie – instrumentalnie. Ma on giermka – Guya, który ze wzrostu i postury przypomina lady Engered owego upiornego rycerza który tak chyżo czmychnął przed sir Brionem. Naciskany chłopczyna rozpłakuje się, a sir Amlynn rozkazuje go powiesić !

Lady Engered zarzuca gospodarzowi że być może sam ma coś wspólnego z porwaniem dzieci, skoro tak skwapliwie pozbywa się świadka – ten w odwecie obraża lady każąc jej zamilknąć (i tytułując ‚kobietą’, jak pierwszą-lepszą…:)). Na to jeżą się z kolei obaj towarzyszący damie rycerze – atmosfera zaczyna robić się ciężka, a tu już niosą sznur dla nieszczęsnego Guya… Ale oto niespodzianie walijsko-chłopskie pochodzenie sir Cedrica daje o sobie znać – rycerz przypomina sobie stare prawo pozwalające dziewczynie ocalić skazanego na śmierć, jeśli zechce go sobie wziąć za męża. Pouczona dwórka, najwyraźniej zadurzona w giermku, zarzuca Guyowi na głowę chustkę, a Amlynnowy doradca – znawca starego prawa – potwierdza ułaskawienie i chcąc nie chcąc okrutny gospodarz musi odstąpić od wykonania wyroku, choć w gniewie wygania giermka i jego świeżo poślubioną żonę ze swoich ziem.

Wdzięczny za ocalenie życia giermek ofiarowuje drużynie pomoc. Opowiada jak to karzeł skusił go obietnicą rycerskich przygód i odebrał przysięgę że Guy będzie osłaniał jego ucieczkę w czasie nocnych eskapad. Teraz niefortunny rycerz żałuje swej naiwności, choć zaklina się że o dzieciach nic nie wie. Wie za to gdzie znaleźć karła, ostrzega także że to czarownik, w którego żyłach płynie krew Piktów – dzikich barbarzyńców z Północy. Prowadzona przez Guya drużyna zakrada się pod kryjówkę karła, a pomna jego niezwykłej zręczności zakłada pułapkę z sieci.

Teraz giermek wywabia czarownika z szałasu, sir Cedric wypada na niego, karzeł rzuca się do ucieczki i wpada w sieć. Rycerze dopadłszy do niego płazują hojnie mieczami, a dzielny Walijczyk jako wytrawny znawca czarowników wbija w pośladek obitego nieszczęśnika strzałę z kutym na zimno grotem. Piekielne wrzaski dobywające się z gardzieli zaprzańca świadczą że zaczarowany grot działa – zgnębiony karzeł wyrzuca z siebie że ‚…niedźwiedź… ludzi bije, a dzieci nie rusza… a tam złoto… niedźwiedź dostępu broni… więc dzieci…’. Ha ! Zatem zwykła chciwość i żądza bogactw winne są porwaniu niewinnych sierotek, nie zaś czary, czy bluźniercze obrządki ! Na to wszystko pojawiają się wymizerowane dzieci niosące sita, czerpaki, i parę złotych ziarenek. Wredny karzeł już ma zawisnąć gdy… przepropagowawszy się przez ciężkie hełmy do mózgów rycerzy dociera wieść o złocie… przecie karzeł gdzieś to złoto ukrył… gadaj łotrze, a może życie ocalisz !

Karzeł, a jakże, gotów jest się złotem podzielić, ma go ponoć cały mieszek, dość żeby dwie wsie kupić. Kusi, kusi, sir Cedric miłosiernie wyjmuje mu zaklęty grot z tyłka, a ta gnida natychmiast wykorzystuje to by rzucić przekleństwo ! Strzała powtórnie wbija się w szpetny pośladek, tfu, zgiń przepadnij ! Nie bacząc na ciążące nad sir Cedricem przekleństwo i przewrotność karła rycerze miłosiernie postanawiają dać mu jeszcze jedną szansę odkupienia win. Przywiązawszy go tedy mocno do konia zmierzają w głąb lasu gdzie w dziupli schowane jest ponoć całe złoto. Idą, idą a las coraz ciemniejszy, coraz dzikszy i bardziej ponury…

Jednak miłosierdzie i wiara w człowieka obydwu rycerzy są tak wielkie że nie pozwalają im zwątpić w dobre intencje karła – nadal wierzą że ten doprowadzi ich do dziupli pełnej złota… Te marzenia niszczy dopiero wiverna, do której doprowadza dzielnych śmiałków wredny, pozbawiony sumienia konus. Pozostawiają tedy karła w jej towarzystwie (sir Cedric pomny umiejętności wykręcania się karła sianem przecina mu zapobiegawczo ścięgna w kolanach) a sami wzorem legendarnego sir Robina of Camelot dzielnie uciekają… ehm tj. wycofują się.

Bez złota, ale i bez jadowitego wivernowego kolca w plecach wracają rycerze do lady Engered,  nie wspominając ze skromności o swej przygodzie, pozierając jedynie lękliwie tj. ciekawie na herb lady w którym taka właśnie wiverna jest wyobrażona. A potem – odprawiwszy w towarzystwie Guya i jego małżonki dzieci do opactwa wracają do Orlay, by pogościć się jeszcze nieco na koszt zgorzkniałego sir Amlynna. Ten jednakże staje się coraz bardziej uciążliwym gospodarzem, raz po raz obraża lady Engered, czy wręcz jej grozi, w końcu rzuca wyzwanie, by po zrezygnowaniu z jego gościny któryś z rycerzy zechciał stoczyć z nim walkę o jej honor… Sir Cedric – pamiętając jeszcze obiecującą choć niedokończoną rozmowę o miłości dworskiej – zgłasza się bez wahania.

Następnego dnia rycerze stają do pojedynku, choć sir Amlynn na nieco rozkojarzonym rumaku, napojonym przez lady Engered kombinacją odlotowych ziółek. Godzi się tu podkreślić że sir Cedric nic o owym pojeniu nie wie, gdyż w przeciwnym wypadku stawałby pieszo, aby walka była honorowa (choć pewno było by mu miło że lady tak dba o jego zdrowie). ‚Na śmierć, albo na niewolę’ – rzuca gospodarz, a uważny czytelnik poprzednich odcinków przygód dzielnej drużyny domyśla się już zapewne że są to słowa brzemienne w skutki i zarazem ostatnia wola nieszczęsnego sir Amlynna… I nie myli się uważny czytelnik. Walka konna jest zacięta – obaj przeciwnicy łamią po jednej kopii, ale potem sir Cedric zwala potężnym pchnięciem przeciwnika z konia. Ten jednak jest ulepiony z twardej gliny – wyrywa ułomek kopii z boku i krwawiąc obficie porywa za ciężki dwuręczny topór. Rozpoczyna się druga runda starcia – tym razem piesza. Topór sir Amlynna łomocze o zaczarowaną tarczę przeciwnika, ale wtedy ten chytrym sztychem wbija mu miecz w brzuch aż po jelec. Pan na Orlay pada na ziemię martwy. Sir Cedric zabiera mu konia, zbroję i topór, pozostawiając ciało płaczącemu staremu znawcy prawa i cała kompania opuszcza gościnny kasztel.

No i właściwie byłby to już koniec przygody, gdyby urażonemu sir Cedricowi nie zamarzyła się zemsta na grubiańskich smolarzach. Choć rozbity garnkiem łeb jeszcze mu się nie sklęsł, postanawia ukarać chama za mierzenie z kuszy do rycerskich gości i za przechowywanie w dupie szlachetnie urodzonych… I tu następuje obiecany drugi akt dramatu.
Podkradających się wieczorem do chat smolarzy sir Cedrica, sir Briona i jego giermka Cormaca zauważają wystawione czujki. Chłopi zaszywają się w lesie, a rycerska kompania popełnia poważny błąd taktyczny – rozdziela się. Najpierw słychać świst bełtu i krzyk rażonego ciężko Cormaca, a zaraz potem z okrzykami ‚bij, zabij’ na sir Cedrica rzuca się trzech krzepkich drwali z toporami i ciężkimi pałami. Zaskoczony rycerz ścina co prawda w pierwszym starciu jednego napastnika, ale czy to starzy bogowie postanowili ukarać go za zabicie rzadkiego okazu współwyznawcy, czy też przekleństwo rzucone przez wrednego karła zaczyna działać, dość że Walijczyk potyka się i obrywa dwa cięcia toporem. Udaje mu się co prawda podnieść, ale wtedy smolarzom znów dopisuje szczęście – jeden z nich trafia potężnym cięciem w sam środek hełmu i powala dzielnego rycerza na ziemię, tym razem ze skutkiem trwałym.

Tu jednak do akcji wkracza bohaterski sir Brion O’Rannon – w świetnej wymianie ciosów zarąbuje jednego z bezczelnych chamów, co widząc drugi rzuca się do ucieczki. Rycerz bieży za nim i omal nie zostaje trafiony bełtem z kuszy, nie zważa jednak na niebezpieczeństwo i zarąbuje drugiego łotra zanim ten zdąży ochłonąć. Teraz sir Brion rzuca się w kierunku skąd padł strzał – widzi jak najstarszy ze smolarzy gorączkowo napina kuszę z pomocą młodego otroka i podnosi ją do ramienia gdy rycerz jest już zaledwie kilka kroków od niego. Życie Irlandczyka zawisa na włosku, a wraz z nim życia sir Cedrica i Cormaca, ale sir Brion rzuca się zwinnie pod bełt i uderza mieczem. Zabity starzec osuwa się na ziemię, a wrzeszczący otrok, miłosiernie oszczędzony przez rycerza znika w lesie.

Walka jest zakończona, przygoda również. Sir Cedric leży w malignie siedem tygodni, czule pielęgnowany przez lady Engered i dzięki jej uzdrowicielskim talentom wstaje wreszcie z łoża by zacząć długi okres rekonwalescencji. Cormac ugodzony grotem w szyję także przeżywa i powoli wraca do zdrowia. No proszę – czego nie dokonały rycerskie kopie i czary, udało się chamskim siekierom. Jaki z tego morał – nie zaczynaj z chamstwem ?! Nieee – może raczej tak: na chamów zawsze w kupie i z konia, panowie rycerze, bowiem jak mówi stare rycerskie przysłowie: „szanuj konia swego jak siebie samego, a dojdziesz do celu tak jak doszło wielu” ! I tym optymistycznym (mimo wszystko) akcentem żegnamy się do wiosny.

Aha – jeszcze jedno – sieroty wróciły co prawda do swojego sierocińca, ale zastały jedynie zgliszcza – w czasie kiedy bohaterska drużyna gromiła sir Amlynna i smolarzy („…czy nie uważasz że sir Cedric jednak lepiej sprawiał się pilnując owiec…” [ Bang, bang, bang ]) zdradliwi Sasi spalili klasztor używając chrustu zebranego rzekomo do warzenia gorzałki… Oto do czego prowadzi alkohol !

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Pendragon, Pendragon - Kampania pierwsza ,

Comments are closed.