Pamiętnik Armanda Bretończyka – fragmenty

To samotne streszczenie obejmuje kilka przygód należących do kampanii „Śmierć na rzece Reik” rozgrywanych bodaj na początku 1998 roku. Armand nieco już zeszmacony występuje pod pseudonimem ‚Armanda Bretończyka’, na szczęście ten fragment pamiętnika zawiera jakieś jego osobiste myśli, które pozwalają przynajmniej mnie samemu złapać ducha tamtych przygód. Subtelny urok długich kampanii, wrogów ciągnących za naszą drużyną wydłużającym się korowodem, kolejnych czarów zdobywanych z narażeniem życia, albo kupowanych za ciężkie pieniądze, pierwszych lotów i kul ognistych… Niestety znowu zaprzestałem pisania streszczeń i już tylko mgliście pamiętam, że zwarliśmy się w końcu z Etelką Herzen, która usmażyła Armanda i jedynie Punkty Przeznaczenia przywróciły go światu, że zmagaliśmy się z rodzeństwem Wittgensteinów i że skrzynkę ze Spaczeniem zwinęli nam sprzed nosa Skaveni…


„Pisząc ten pamiętnik opatruję się mianem Bretończyka, którem mię tu zwą, aby rodzinie mej infamiji nie przysporzyć, której żadną miarą niewinna. Wszystkie rzeczy tu spisane samem przeżył i prawdziwości ich mogę dowieść.

…Trzy dni po tem jakem z towarzyszami mojemi opuścił Altdorf płynąc na przynależnej nam prawem rzecznym barce oczom naszym ukazała się na prawym brzegu dziwna budowla przy której pracowali krasnoludowie. Dwóch z nich uciec stamtąd chciało i okazało się że dziwne zniknienia robotników przy budowie pracujących się tam zdarzały.

Ja i moi towarzysze podjęliśmy się dociec przyczyny owych zniknień dla samej jeno ciekawości, w nocy zaś okazało się iż był nią stwór z wnętrza budowli wychodzący, któregośmy ubili. Stwór ten, rodzaju nieumarłego sługi zwanego Ghoulem, miał zawieszony na szyi dziwny przedmiot kształtu cylindra, w przekroju pentagramem będący. Okazał się on być kluczem otwierającym ukryte drzwi lochów pod fundamentami budowli. Po zbadaniu i ubiciu pięciu stworów nieumarłych rodzaju Zombim mienionego, które lochów owych strzegły, naszliśmy pięć kluczy – tym razem – sześciościennych i komnatę w której były miejsca na sześć takich kluczy. Zdawało mi się iż lochy te były rodzajem pracowni astrologa i czarodzieja, najpewniej kroczącego złą ścieżką magii.

Wziąłwszy ze sobą rzeźbiony w mistyczne wzory magiczny kostur owego czarodzieja, najpewniej dawno zmarłego, fragment mapy Imperium z zakreślonym obszarem Jałowych Wzgórz i księgę z zawiłymi wyliczeniami astrologicznej natury, oraz klucz pięciościenny i jeden z sześciościennych pozostałe zakopaliśmy w lesie niedaleko tego miejsca.

Rzec jeszcze mogę iż początkowo dziwnym mi się zdało, że pierścień dany mi przez mistrza Hieronimusa z Delbierza chroniący rzekomo przed nieumarłymi nie na wiele się zdał. Teraz jednak gdy sobie zdarzenia owe przypominam domniemywam iż wzmacniał on mego ducha gdyż ów widok straszliwy nie uczynił mej duszy szkody
nijakiej.

Opuściwszy to miejsce żeglowaliśmy dalej w dół rzeki Reik mijając po drodze łodzie i barki wszelakie. Tak dopłynęliśmy na koniec do Kemperbadu – dziwnego nad miarę miasta, podzielonego na dwoje wąwozem w którym rzeka Stir dąży do spotkania z rzeką Reik. Wąwóz jest głęboki na jakieś dwieście łokci, ale Reik płynie dalsze sto łokci w dół tak iż Stir musi być przepuszczany doń systemem śluz wodnych, które zresztą czynią możliwym przepływanie barek z jednej rzeki do drugiej. Inną osobliwością tego miasta jest system wind krasnoludzkiej roboty
wynoszący osoby i towary z doliny Reiku do miasta i w przeciwną stronę.
Najwięcej słynie jednak Kemperbad z wiszącego mostu nad wąwązem na dnie którego płynie rzeka Stir. Wąwóz ten i most dostarczył mi wielu wrażeń i spowodował nawrót myśli o lataniu. Myślałem sobie chodząc po onym moście jakby to było skoczyć w dół wąwozu i szybować na magicznych skrzydłach podobny ptakom okazując wszem i wobec potęgę człowieczej myśli i Mocy.

Postanowiłem tedy pracować nad zaklęciem latania które mi był darował mistrz Hieronim w Delbierzu a które dotąd jeszcze czyni zamęt w mej skromnej wiedzy magicznej. W Kemperbadzie rozpytywaliśmy, bez powodzenia zresztą, o Etelkę Herzen na którą mamy list gończy z Bogenhafen i którą mistrz Hieronim znał nekromantką, a o którj jak się okazuje bliżej jej domu nikt nic nie wie.

Postęp za to dokonał się w sprawie obliczeń astrologicznych znalezionych w świeżo spenetrowanych lochach. Miejscowy astrolog orzekł że są to wyliczenia drogi Morrslieba – księżyca Chaosu – nad Jałowymi Wzgórzami 100 lat temu. Wielce posępna i zagadkowa sprawa, acz odległa w czasie.

Inna za to, bliższa, przypomniała się mi w natrętny sposób. W Kepmerbadzie bowiem okazało się że biedny mój przyjaciel Schrenckt wciąż ścigany jest przez jakieś tajne stowarzyszenie Purpurowej Dłoni ze względu na podobieństwo do niejakiego Kastora Liberunga, o czym pisałem wcześniej. Niepokojem natchnęła mię wieść iż ktoś, najpewniej wysłannik tych tajemniczych prześladowców obciął był Schrencktowi pukiel włosów, który użyty może być przecież do jakichś złych czarów. Póki co jednak tajemniczy związek poniechał nas co może oznaczać
wiele rzeczy. W każdym razie szkoda mi było wyjeżdżać z Kemperbadu jako że jest to miasto dziwne i ciekawe – pewnym jest tedy że jeszcze tu wrócę.

Z Kemperbadu płynąc dalej rzeką Reik i omijając z daleka przeklęty zamek Wittgenstein i wieś Wittgendorf, przed którymi nas ostrzegali mijani na rzece ludzie, dopłynęliśmy nareszcie do Grissenwaldu gdzie jak wiemy żyje
Etelka Herzen. Jak się to już pokazało w Kemperbadzie miejscowe władze nic złego nie mogą rzec o tej damie, więcej nawet – jest ona znana i szanowana! Przyznać jednak trzeba że przynajmniej nie przeszkadzali w naszych poszukiwaniach. Napady na miejscowe wioski okazały się być dziełem goblinów a nie bezrobotnych krasnoludów jak to tutaj mówiono. Tutejsze krasnoludy zaś – jakkolwiek tępe chamy i bezmrozumne skąpce, przy których nasz poczciwy rębajło Eryk jawi się być szlachetnym mędrcem – byli całkiem niewinni. Etelka Herzen wykupiła od nich
kopalnię Czarne Szczyty zbawiając przy tem pracy, bo kopalnię zamknęła. Jako praktyk Magii wiem iż użyła czarów aby omamić krasnoludów jako że nie wiedzieli oni jak sprzedali kopalnię – jedyne źródło dochodu całej wioski.

Wyprawiwszy się do siedziby Etelki zastaliśmy je zasiedlonym przez gobliny które napadały wioski w pobliżu Grissenwaldu. Wyciąwszy w pień te kreatury naszliśmy w zdewastowanym domu kilkoro ocalałych brańców z onych wiosek, a także list do Etelki od kapłana Tzeentcha – Pana Zmian, oraz srebrny pierścień z dziwnym symbolem i księgę pomniejszych czarów należące z pewnością do nieobecnej. Okazało się też ku wielkiemu naszemu zdziwieniu że ocalała także kucharka czarownicy – halflinska kobieta która rzekła nam między lamentami i biadoleniem że pani wyjechała z „czarnym” po „jabłkowy kurz” co się tłumaczy do Jałowych Wzgórz jak wynikało z listu od kapłana Tzeentcha. Bez zwłoki ruszyliśmy za nią przez Kemperbad (moje ulubione miasto) do Jałowych Wzgórz. Przypomniało mi się jeszcze iż znaleziony przy człowieku co nas śledził jeszcze w Delbierzu
list od „Arcy-Lumena” także mówi o „czasie Zmian” – czy to nie jakiś związek z Tzeentchem?

Z Kemperbadu płynęliśmy tem razem rzeką Stir, natykając się po drodze na zdechłego, spływającego rzeką konia z herbami Etelki Herzen. W sakwach (widać Etelka i jej sługa podróżowali nadbrzeżną skarpą i koń obsunął się do rzeki) naszliśmy mapę która zdała się przedstawiać lochy złego czarnoksiężnika, któreśmy niedawno przeszukali. Tak więc wiele rzeczy zdaje się łączyć, ale dokładnie jeszcze nic nie wiem.

Płynąc dalej dopłynęliśmy nareszcie do wodospadu który nam zagrodził dalszą drogę. Fortunnie w nadbrzeżnej wiosce Unterbaum, co się tłumaczy „pod drzewem”, naszliśmy człeka – druida – który po portrecie Etelki wziętym z jej domu rozpoznał iż była tu z onym czarnowłosym sługą o którym mówiła kucharka a zapewne i list. Wyruszyli oni do Miski Diabła – miejscu upadku największego meteoru podczas przejścia Morrslieba nad Jałowymi Wzgórzami 100 lat temu. Etelka wyruszyła zatem po odłamek spaczenia który ma potem zawieźć do Middenheim gdzie mieści się zapewne gniazdo kultystów Tzeentcha. Popłynęliśmy wraz z przewodnikiem – onym druidem z wioski – czółnami wgłąb pustkowi skażonych 100 lat temu Chaosem.

Końcową część drogi przyszło nam pokonać na nogach i podczas tego marszu spotkaliśmy ducha który prosząc o uwolnienie od klątwy wskazał nam jaskinię. Najpierw zdało się to pułapką jako że zostaliśmy napadnięci przez ludzi-szczurów z którymi poznaliśmy się już w Altdorfie. Walka była ciężka – daliśmy się zaskoczyć myśląc że są oni sługami Etelki i podając się za jej towarzyszy – uratowała nas Magia i szczęśliwe zaklęcie Ognistej Kuli które zdobyłem na przeklętym Taugenie w Bogenhafen. Jak już walka była skończona zjawił się po raz wtóry duch i poprowadził nas wgłąb jaskiń gdzie zaklęci w szkielety pokutowali jego towarzysze – uwolniliśmy ich.

Widmo opowiedziało nam swoją historię – zostali zdradzeni przez złego czarnoksiężnika Dagmara von Wittgenstein podczas jego wyprawy do Jałowych Wzgórz 100 lat temu w której mu towarzyszyli. Posłuchawszy opowieści znaleźliśmy szósty klucz do pięciu któreśmy byli znaleźli w astrologiczej pracowni pod budowaną przez krasnoludy budowlą, a której mapę naszliśmy przy koniu należącym do Etelki Herzen…

Nareszcie wszystko pojąłem: czarodziej – Dagmar von Wittgenstein, pan przekletego zamku Wittgenstein przed którym nas ostrzegano, wyznaczył bieg Morrslieba i wybrał się do Jałowych Wzgórz po spaczeń. Teraz Etelka Herzen wyruszyła po to samo, ale jak rzekł nam usłużny i wdzięczny duch – odjechała z kwitkiem. Czy skieruje się do Middenheim, czy gdzie indziej ? Co z sektą Tzeentcha w tym mieście ? A Purpurowa Dłoń – czy to że „została już przekazana” znaczy coś dla nas ? A może dla całego świata ? No i jakby tego było mało – pozostaje zamek Wittenstein, do którego wstępu broni wydany bodaj za życia Dagmara edykt cesarski, a w którym czai się zło znane w całej okolicy. A może Dagmar wcale nie umarł – sztuka czarnoksięska zna sposoby na oszukanie samej Śmierci.

No i pytanie ostatnie – mam nadzieję że za mojego życia nikt nie przeczyta tego pamiętnika – czy cesarz Imperium, który nie tylko nie uchylił parszywego edyktu chroniącego zamek Widgensteina, ale „wsławił” się ostatnio edyktem zakazującym tępienia i nawet  zauważania mutantów nie jest już aby marionetką… Bo jeśli tak, to zaprawdę – źle się dzieje w Imperium i czas wracać do domu.”

Marek Meres

About Marek Meres

www.spinq.pl
Warhammer, Warhammer I ,

Comments are closed.